Żyjemy zbyt krótko na zmyślone potwory
- 25 cze
- 3 minut(y) czytania

Każdy z nas musi zaznać goryczy, aby móc rozpoznać słodycz. Dlatego zacznę gorzko: żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy najrozumniejszymi, najbardziej dystyngowanymi istotami na Ziemi. A jednak w obliczu śmierci nie znaczymy zupełnie nic. Odcinamy tę myśl grubą kreską, wyrywamy ją jak niewygodną kartkę z notesu, ale nasza negacja nie zmienia istoty rzeczy. Ta sama prawda potrafi nas jednocześnie paraliżować i napędzać.
Czy stwierdzenie, że napędza mnie śmierć, jest politycznie niepoprawne? Czy, patrząc na umierające osoby, można pomyśleć: „jak dobrze, że ja żyję”? Czuję, że tkwi w tym jakaś intuicyjna niestosowność, ale tak właśnie jest i tak wygląda życie. Czuję pewnego rodzaju pierwotny zachwyt nad własnym oddechem.
Zwłaszcza że tak wiele osób umiera z dnia na dzień. Tak wiele osób dostaje diagnozy – od najmłodszych lat aż po pełnię rozkwitu. Miałam w swoim życiu dwa ciężkie okresy, które żywo pamiętam do dziś. Może nawet trzy, bo ten ostatni dłużył się i stapiał z codziennością. Każdy kolejny był łatwiejszy, bo patrzyłam na niego z perspektywy tego, jak kruche jest życie i jak pięknie jest żyć. Bo boję się tylko i wyłącznie śmierci. Bałam się jej nawet wtedy, gdy bywała pociągająca. Tylko żyć i aż żyć.
Mam poczucie, że właśnie tak powinniśmy patrzeć na życie. Psychologia nazywa to teorią opanowywania trwogi, ale dla mnie to po prostu czyszczenie głowy z bzdur. Kiedy uświadamiamy sobie własną skończoność w zdrowy sposób, diametralnie zmieniają się nasze priorytety. Przestają nas obchodzić rzeczy powierzchowne, które kiedyś wydawały się ważne, a zaczynamy szukać głębokiego sensu, autentyczności i bliskości.
Zwłaszcza że nie wiemy, czy istnieje coś „potem”. Powiedzenie „może w następnym życiu” to urocza fantazja – sama z niej korzystam, bo przecież nie zdołamy zrobić wszystkiego. Ale zróbmy chociaż to, co możemy. Może na dobry początek coś, co wcale nie jest obiektywnie trudne, a przed czym powstrzymuje nas jedynie lęk.
No właśnie – lęk przed czym? Przed porażką? Ciężką pracą? Oceną innych?
Strach jest tak samo prawdziwy, jak i wyobrażony. Dotknięty może sparaliżować dłoń, ale może też rozpłynąć się jak mydlana bańka. Badacze z Cornell University policzyli to: 85 proc. naszych lęków to puste scenariusze, które nigdy się nie wydarzą. Karmimy potwory, które istnieją tylko w naszej wyobraźni.
Moja babcia mówiła za życia, żeby nie bać się umarłych, a bać się żywych. Sama miała w sobie tyle samo odwagi, co strachu. Chciałabym odbić piłeczkę i powiedzieć jej te same słowa z innej perspektywy: nie bój się rzeczy, których nie możesz dotknąć. Bój się fizycznych lub realnych zagrożeń, nie bój się myśli, które są w Twojej głowie. Bo ona powinna być Twoim największym, a może czasem i jedynym sprzymierzeńcem.
Wróćmy do rzeczy lekkich i codziennych. Ostatnio zagadała do mnie koleżanka. Opowiedziała, że przeszła cały park z profesjonalnym aparatem w torebce i ostatecznie nie zrobiła ani jednego zdjęcia – ani kwiatka, ani drzewa. Bała się go wyciągnąć. Towarzyszyło jej przekonanie, że ludzie będą się gapić, że może komuś będzie przeszkadzać.
Nie jesteś w tym sama. Jesteśmy przekonani, że gdy tylko wyciągniemy aparat, oczy wszystkich zwrócą się na nas. A prawda jest uwalniająca: każdy jest zbyt zajęty własnym reflektorem, by gapić się na Twój. A nawet jeśli się zagapi, to ludzie mają niesamowicie krótką pamięć. Potrafimy zapomnieć patologicznym celebrytkom ich przeszłość, a nie potrafimy zapomnieć o tej jednej dziewczynie, która ubrała się niecodziennie, powiedziała głupotę albo odważyła się na szczerość? Brzmi to na tyle abstrakcyjnie, że Picasso lepiej by tego nie namalował.
To zabawne, jak nazywanie naszych lęków potrafi je odczarować, nadać im przyziemności, a nawet większej ignorancji. Bądź ignorantką swoich lęków, ale zachowaj zdrowy rozsądek.
To zupełnie naturalne, że każdy z nas ma inny próg. Ja nigdy nie skoczę na bungee, bo oczami wyobraźni widzę swój złamany kręgosłup. Ktoś inny nie wyjmie z torby aparatu. Każdy z nas ma swoje własne granice. Ale jak dobrze jest te granice – raz po raz – przekraczać. A żeby przekroczyć granicę lęku, trzeba się do niego zbliżyć, bo udawanie, że on nie istnieje, wpędza nas do bezpiecznej jaskini bez perspektyw.
Ostatecznie możemy przejść przez ten cały wielki park, jakim jest życie, z najwspanialszymi narzędziami w zanadrzu, z głową pełną marzeń i z lękiem, który każe nam trzymać je na dnie torby. Możemy wrócić do domu z pustymi rękami, pocieszając się piękną fantazją o „następnym życiu”. Tylko po co?
Wyciągnij ten aparat, załóż tę bluzkę, odważ się na własną firmę, zrób to cholerne zdjęcie. I tak wszyscy zmierzamy w tę samą stronę – i uwierz mi, nikt nie będzie pamiętał, że przez chwilę weszłaś komuś innemu w kadr.

Czyta się to z ogromną przyjemnością! Gratuluję i życzę dalszych sukcesów 😊🌸