top of page

Zamartwianie się na zapas, to najgorszy sposób korzystania z wyobraźni

24 wrz
3 minut(y) czytania

„Częściej cierpimy w wyobraźni niż w rzeczywistości”.

Tak prawie dwa tysiące lat temu pisał w listach do Lucyliusza rzymski filozof Seneka. Całkowicie się z tym zgadzam, chociaż czasami sama łapię się na tym, jak łatwo wpaść w tę pułapkę. Bo spójrzmy prawdzie w oczy – ostatnie dni i tygodnie to jakiś niekończący się maraton złych wiadomości. Mam wrażenie, że gdziekolwiek nie spojrzę, z ekranu wylewa się na mnie sterta negatywnych informacji. Znowu straszą nas wojną, podsycają lęki, bombardują klikbajtowymi nagłówkami, które wcale nie mają nam pomóc, a wzbudzić w nas niepokój, na którym ktoś po prostu dobrze zarobi.


Wchodzisz do sieci dosłownie na chwilę, a wychodzisz zdemotywowana, pełna strachu i obawy o to, co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc – z ciężarem w żołądku, który nie chce Cię opuścić.


Yuval Noah Harari napisał w „21 lekcjach na XXI wiek”genialne, choć przerażająco celne zdanie: w dawnych czasach cenzura polegała na blokowaniu dostępu do wiedzy, dziś najgroźniejszą bronią stała się dezinformacja i zalewanie nas szumem. Z kolei noblistka Maria Ressa od lat powtarza, że informacja stała się amunicją, a media społecznościowe poligonem, na którym testuje się naszą odporność psychiczną. Chodzi o uwagę – każdy ściga się z czasem. News musi być sprzedany natychmiast, nikt nie ma już chwili, by zweryfikować fakty. Nikogo nie obchodzi prawda; ważne, by nagłówek parzył, szokował i siał panikę, bo właśnie to generuje potężne zasięgi.


Doszło do tego, że ja sama łapię się na absolutnej bezradności. Scrolluję telefon i po prostu nie potrafię już odróżnić prawdziwego zdjęcia reporterskiego od kadru wygenerowanego przez AI. Patrzę na twarz pełną rozpaczy czy płonące budynki i zastanawiam się: czy to wydarzyło się naprawdę, czy ktoś wpisał w generator odpowiedni prompt, żeby podbić dramaturgię i zebrać tysiące udostępnień? Kiedy zacierają się granice między faktami a cyfrową iluzją, nasz mózg zaczyna traktować każde, nawet zmyślone zagrożenie, jak śmiertelne niebezpieczeństwo.


I w tym wszystkim człowiekowi po prostu opadają skrzydła.


Kiedy zewsząd płynie narracja o katastrofie, mimowolnie tracimy motywację do wszystkiego. Nagle codzienne plany, marzenia, praca czy drobne rytuały zaczynają wydawać się bezsensowne. Bo po co sadzić kwiaty na balkonie, po co uczyć się języka, po co iść na randkę czy planować urlop, skoro wokół rysuje się tak czarne scenariusze? Wkrada się apatia, zmęczenie i paraliżujące poczucie strachu.


Łatwo napisać, że czekanie na to, co może w ogóle nie nadejść, nic nam nie daje, ale doskonale wiem, że takie racjonalizowanie samo w sobie niewiele w głowie zmienia. To trochę tak, jakby powiedzieć komuś w lęku: „po co się martwisz, przecież to i tak nic nie da”. A jednak warto na moment wziąć głęboki oddech i spojrzeć na to zupełnie trzeźwo.


Przecież każdy z nas może stracić życie w dowolnej, najbardziej prozaicznej chwili. Możemy nie wrócić do domu przez nieuwagę kierowcy na przejściu dla pieszych, ulec wypadkowi w drodze do pracy albo zasłabnąć podczas zwykłego treningu na siłowni. Kruchość jest wpisana w nasze bycie tutaj od pierwszego oddechu. A mimo to, kiedy rano wychodzimy z domu, nie rozmyślamy obsesyjnie o śmierci. Nie piszemy w myślach testamentu przed wyjściem po świeże bułki. Żyjemy, bo wiemy, że ciągły strach odebrałby nam resztki radości.


Tymczasem media i portale społecznościowe codziennie dolewają oliwy do ognia, żerując na naszym pierwotnym instynkcie przetrwania i czekając tylko, aż w komentarzach wybuchnie kolejna histeryczna burza.


Oczywiście, nie chodzi o naiwne wypieranie rzeczywistości i udawanie, że na świecie panuje wieczny pokój. Być przygotowanym, mieć uporządkowane dokumenty, domową apteczkę czy elementarną wiedzę o tym, jak zachować się w sytuacji kryzysowej – to po prostu życiowa dojrzałość. To spokojny, pragmatyczny fundament dorosłego człowieka. Ale między zdroworozsądkową przezornością a popadaniem w paranoję leży gigantyczna przepaść.


Zamartwianie się na zapas to najgorszy sposób korzystania z wyobraźni. A lęk przed jutrem to jej najbardziej jałowe marnotrawstwo.


Potwierdza to zresztą nauka. Dr Robert L. Leahy, znany amerykański psycholog kliniczny i autor badań nad mechanizmami lęku, wykazał, że aż 85% rzeczy, o które tak obsesyjnie się martwimy, nigdy się nie wydarza. A co z pozostałymi 15 procentami? Badania pokazały, że w zdecydowanej większości sytuacji ludzie radzili sobie z problemem o wiele lepiej i sprawniej, niż podpowiadał im spanikowany umysł.


Żeby nie zwariować, musimy wreszcie postawić twarde granice. Zamiast bezmyślnie wierzyć we wszystko, co wyświetla nam algorytm, zacznijmy weryfikować źródła i czytać tylko to, co sprawdzone, rzetelne i chłodne w tonie. Przestańmy wierzyć w krzykliwe wpisy anonimowych profili na Twitterze czy TikToku, które żyją wyłącznie z cudzej paniki.


A kiedy czujesz, że internet odbiera Ci spokój, zrób najprostszą rzecz na świecie: po prostu odłóż telefon. Zastanów się nad tym, co jest tu i teraz, a nie nad tym, co może być, a nie musi. Zaparz herbatę, przytul kogoś bliskiego i doceń to, co masz. Twoje życie nadal ma się dobrze i nigdzie nie musisz uciekać. I naprawdę szkoda marnować wyobraźnię na reżyserowanie lęku, kiedy wokół wciąż jest tyle dobra.



 
 
 

Komentarze


bottom of page