Wybierz kogoś z kim spędzisz starość. Nic innego się nie liczy
- 6 dni temu
- 4 minut(y) czytania

Możemy dążyć w życiu do wielu rzeczy. Sama zawsze z ogromnym uznaniem patrzyłam na ludzi ambitnych i myślę, że i o sobie mogę tak powiedzieć. Jednak jedną z najważniejszych, o ile nie najważniejszą, decyzji, jakie przyjdzie nam podjąć, jest wybór partnera. Wybór tej jednej osoby, z którą w dobrej wierze postanowimy iść przez życie. Bo czym innym jest miłość, jeśli nie właśnie świadomym wyborem, by każdego dnia dzielić swoje troski i radości z kimś, kto po prostu przy nas jest? Wierzę, że głęboko w sercu lub zupełnie jawnie, to marzenie każdego z nas.
Rozczula mnie widok starszych ludzi, a sam obraz starości można przecież malować na tysiące sposobów. Każdy z nas ma na nią zupełnie inną wizję. Klucz w tym, by te wizje ze sobą współgrały. Przed podjęciem decyzji o spędzeniu z kimś reszty życia warto odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Czy ten człowiek jest po prostu dobry? Czy patrząc na niego dzisiaj, masz niewzruszoną pewność, że możesz na niego liczyć, kiedy świat wokół zacznie się walić? Dojrzałe partnerstwo to nie tylko dzielenie pięknych chwil na wakacjach i wielkich sukcesów, a przede wszystkim pewność, że jest to ktoś, kto nie puści Twojej dłoni, gdy codzienność stanie się trudna. Bo nie da się kochać tej samej osoby przez całe życie. Człowiek, którego wybierasz w młodości będzie kimś innym w wieku czterdziestu lat i kimś jeszcze innym w wieku sześćdziesięciu. Zmieniają nas doświadczenia, zdrowie i zakręty losu, a wraz z nimi zmieniają się nasze priorytety. Czasem miejsce szalonej namiętności zajmuje potrzeba głębokiej troski i bezpieczeństwa. Sekretem jest, aby nieustannie zakochiwać się na nowo w każdej kolejnej wersji swojego partnera.
Z perspektywy czasu zrozumiałam, że do puli takich pytań należy dodać jeszcze jedno: jak wyobrażasz sobie starość?
Nigdy nie zapomnę starszego małżeństwa w portowej knajpce w Lizbonie. Był rześki, wietrzny majowy poranek, a oni wyszli wspólnie na niespieszny obiad. Albo tej eleganckiej, siwej pary z londyńskiej kawiarenki, od której nie mogłam oderwać wzroku. Właśnie tego im zazdrościłam. Bo sama pragnę tego dla siebie na stare lata. I chyba podświadomie czułam, że we wcześniejszych życiach nigdy nie mogłam na to liczyć. Moja idealna starość to ciągła ciekawość świata i chwytanie spontaniczności. Bo siedemdziesiątka to przecież jeszcze nie śmierć. A może i właśnie pod sam koniec życia – o ile zdrowie dopisze – warto zrobić jeszcze to wszystko, czego nie miało się okazji? Wiem, że każdy potrzebuje od starości czegoś innego i to jest absolutnie w porządku. Sztuka polega na tym, by odnaleźć osobę, której marzenia i oczekiwania brzmią dokładnie tak samo.
Starość ma jednak swoje mroczniejsze odcienie. Bywa splątana z biedą i chorobą. Niedawno poznałam dziadków ze strony przyjaciół. Żyją sami w małej miejscowości, a babcia choruje na Alzheimera. Słowo daję, że tyle słodyczy ile było w każdym geście ze strony dziadka nie widziałam u żadnych młodych ludzi. Karmienie, proste rozmowy, pomoc w chodzeniu. Było to wszystko naprawdę urokliwe. Na moment przesłaniało cały ciężar tej sytuacji.
A zaledwie wczoraj widziałam na ulicy innego starszego pana. Każdy jego ruch przyciągał wzrok i ściskał za serce. Miał na sobie elegancki, choć mocno już wytarty i nieco za duży garnitur – jakby za wszelką cenę próbował zachować resztki dawnej godności. Na nogach nosił brudne sneakersy, z pewnością o wiele wygodniejsze niż pasujące do stroju pantofle. Poruszał się o balkoniku, kroczek po kroczku, w stronę McDonalda. Tata powiedział mi, że widuje go regularnie w strefie gastronomicznej przy Ikei i że ten człowiek chyba po prostu nikogo nie ma. Może jego rodzina się rozpadła, może stracił żonę, a może przeżył całe życie sam.
O ile bycie singlem w młodości potrafi być rozwijające i piękne, bo wokół wciąż są ludzie, z którymi dzielimy codzienność, o tyle na starość to grono drastycznie się zawęża. I wtedy często najważniejszy staje się ten jeden człowiek – Twój partner, mąż, Twoja prawdziwa opoka.
W gruncie rzeczy, gdy zdejmiemy z relacji całą powierzchowność, wygląd czy zarobki naprawdę przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Wiem, że to brzmi jak banał. Ale prawda jest taka, że dzisiejszym świecie często szukamy partnera, którym można się pochwalić. Jednak poza tymi kilkoma chwilami na widoku, w czterech ścianach codzienności zostajecie tylko wy. Nikogo wokół naprawdę nie interesuje, i nikt tak naprawdę nie wie, jak ten człowiek traktuje Cię na co dzień, jak podchodzi do życia i czy w ogóle możesz być go pewna.
Czy będzie przy Tobie w chorobie? Czy rzuci wszystko i przyjedzie na drugi koniec miasta, gdy będziesz tego potrzebować? Czy stać go na te ciche, wielkie gesty, ale też na drobne, codzienne świadectwa troski, o których nikt poza wami nie ma pojęcia? Czy dalej będziecie umieli nawzajem się zaskakiwać? Czy za każdym razem będziecie potrafili się wybierać, nieważne co? Ostatnio usłyszałam słowa, które ze mną zostaną: lubienie się to za mało.
Najwspanialsze, co można dla siebie zrobić, to przestać zakochiwać się w potencjale i w wizji tego, kim ten ktoś mógłby się stać. Zakochaj się w czynach. To one, i tylko one, budują relację, która przetrwa każdą próbę czasu. Zakochaj się w swoim odbiciu, bo Twój partner musi być do Ciebie podobny. Chodzi o odnalezienie człowieka, który ma w sobie ten sam poziom wrażliwości, szacunku i czułości do świata, jaki Ty nosisz w sobie. Kiedy naprawdę pokochasz i uszanujesz osobę, którą widzisz w lustrze, przestaniesz zgadzać się na półśrodki i wybierzesz kogoś, kto odpowie Ci dokładnie tym samym.
Życzę tego sobie i każdemu z nas.
Komentarze