top of page

Wizyty tylko na zapisy. Brak spontaniczności zabił bliskość

  • 2 lip
  • 3 minut(y) czytania

Odwiedź mnie nawet na pięć minut. Otworzę Ci drzwi na wpół znegliżowana, w salonie będzie panował totalny bałagan, a poczęstuję Cię co najwyżej ryżową herbatą. Dokładnie tak witam w swoich progach ja i tak samo witała mnie ostatnio moja przyjaciółka, gdy wpadłam do niej spontanicznie w drodze do pracy. Jeśli ktoś twierdzi, że taka bezpretensjonalna spontaniczność nie zbliża ludzi, to albo kłamie, albo dramatycznie się myli.


Mamy epidemię samotności – i to już dawno przestało być tylko subiektywnym spostrzeżeniem, a stało się faktem. Amerykańskie badania wykazały, że aż prawie co druga dorosła osoba nie ma ani jednego bliskiego przyjaciela. Nigdy wcześniej jako społeczeństwo nie tkwiliśmy w tak potwornej, emocjonalnej pustce, będąc jednocześnie tak blisko siebie na wyciągnięcie ręki. I najgorsze jest to, że daliśmy na to nieme przyzwolenie. 


Bo w teorii każda z nas chce mieć bliskie relacje. Ale w praktyce uznałyśmy, że przyjaźń zbyt wiele nas kosztuje: czasu, zaangażowania, wyjścia poza strefę komfortu, a czasem – po prostu wstydu.


Przeglądając ostatnio Instagrama, natknęłam się na rolkę, w której dziewczyna poruszała właśnie ten temat: ubolewała nad tym, że wszystkie dzisiejsze wizyty muszą być zapowiadane z tygodniowym wyprzedzeniem, a z naszego życia zupełnie zniknęła przestrzeń na spontaniczność. Niesamowicie uderzyło mnie to, co działo się w komentarzach. Głosów oburzenia i sprzeciwu było zdecydowanie więcej niż entuzjazmu. Ludzie prześcigali się w argumentach, dlaczego nie życzą sobie niezapowiedzianych gości.

Czyli co? Wychodzi na to, że budowanie głębokich relacji przegrało dziś z naszym sztywnym grafikiem zajęć, potrzebą idealnego zaprezentowania się i perfekcyjnie przygotowanym poczęstunkiem. Spontaniczność po prostu jest niewygodna. W dodatku boimy się tego, że ktoś zobaczy nas w niekorzystnym świetle. Tego, że ktoś naruszy nasze granice i wejdzie nam na głowę. Doszliśmy do momentu, w którym spontaniczność zaczęła być nazywana tupetem. Wciąż działa w nas syndrom „zastaw się, a postaw się”, tyle że nowej szerszej formie.


Relacje relacją, ale w rzeczywistości jako ludzie po prostu coraz mniej ze sobą rozmawiamy. Nie wiem, jak to wygląda na wsi lub w mniejszych miejscowościach, ale w dużym mieście wszyscy bezwstydnie korzystamy z komfortu bycia anonimowym.

Jeśli podejdziesz do sąsiada, aby pożyczyć cukier, najpewniej stwierdzisz, że to naprawdę miły staruszek. Ale jeśli przyjdzie Ci z nim porozmawiać dłużej niż pięć minut – większość z nas poczuje nagły dyskomfort i potrzebę ucieczki, jakbyśmy właśnie bezpowrotnie marnowali swój cenny czas. Tyle z naszych deklaracji o sąsiedzkich stowarzyszeniach. Statystyki są nieubłagane: zaledwie 4% Polaków utrzymuje bliższe relacje z większością osób ze swojego bloku czy ulicy. Wiem, że nie jestem jedyna i nie mnie jedną rozczulają sytuacje, w których starsza osoba zacznie gawędzić w autobusie czy tramwaju. To to stare pokolenie, które ma w sobie naturalne pragnienie kontaktu z drugim człowiekiem. Niestety, ich też jest coraz mniej. Nagle okazuje się, że starsi ludzie mają ogromną zdolność adaptacji – ta nowa, cyfrowa rzeczywistość wpłynęła również na nich i zamknęła ich w milczeniu. Część z nich prawdopodobnie nie chce się narzucać.


Moja myśl na dziś jest taka, że to właśnie to nieidealne, codzienne życie – rozciągnięta, wstydliwa piżama, nienaprawiona usterka w przedpokoju czy odgrzewany obiad z wczoraj, którym możesz się podzielić – buduje najsilniejsze więzi. W takich niedoskonałych, szybkich spotkaniach jest coś niezwykle zabawnego, rozczulającego, a przede wszystkim intymnego.

Musimy być tylko na nie otwarci. O co jest cholernie trudno w czasach, w których wszyscy obsesyjnie skupiamy się wyłącznie na sobie. Bo ktoś zaburzy MÓJ spokój, MÓJ komfort, MOJE plany. A im więcej tego JA krąży po szczelinach naszego przebodźcowanego mózgu, tym mniej zostaje tam miejsca na niezwykle sympatyczne słowo MY.



 
 
 

Komentarze


bottom of page