W teorii pragniemy wielkich rzeczy. W praktyce wolimy znany ból od nieznanej wolności
- 5 lip
- 4 minut(y) czytania

„Człowiek powinien być stale zakochany, dlatego nigdy nie powinien się żenić”
Tym cytatem z Oscara Wilde’a rozpoczyna się film „Zaproszenie” w reżyserii Olivii Wilde.
Nieco kontrowersyjny punkt widzenia, który przypomina nam, że pogoń za stabilizacją często zabija pasję. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się tak dobrego seansu. Wróciłam z kina z głową pełną myśli i poczuciem, że ta z pozoru lekka, momentami pikantna komedia obyczajowa dotyka czegoś o wiele głębszego niż tylko małżeńskiej rutyny. Oglądając zmagania bohaterów, nie potrafiłam uwolnić się od refleksji o tym, jak łatwo w codziennym życiu mylimy stabilizację z powolnym, cichym obumieraniem. Dlaczego tak chętnie urządzamy się w letniej wodzie, godząc się na emocjonalne i życiowe bare minimum – w miłości, pracy czy przyjaźni? I dlaczego to właśnie pożegnanie tego, co już dawno przestało nas karmić, bywa najtrudniejszą rzeczą, przed jaką przyjdzie nam stanąć?
Główni bohaterowie, Joe i Angela (świetnie zagrani przez Setha Rogena i samą Olivię Wilde), mają wszystko, co według społecznych standardów oznacza sukces. Ładne mieszkanie, stabilizację, dziecko, poukładaną codzienność. Jednak pod tą lśniącą, poprawną fasadą kryje się chłód. Są jak ludzie, którzy weszli do wanny z ciepłą wodą, a ta przez lata zdążyła już zupełnie wystygnąć, lecz lęk przed zimnem na zewnątrz paraliżuje ich przed wykonaniem jakiegokolwiek ruchu.
Nie chcę jednak zatrzymywać się wyłącznie na samej fabule. Ten seans stał się dla mnie raczej pretekstem, by przyjrzeć się naszym własnym, codziennym decyzjom i mechanizmom, które tak często trzymają nas w miejscu.
Pułapka, z której nie chcemy uciec
Co właściwie sprawia, że tak łatwo ulegamy temu paraliżowi? Dlaczego wolimy tkwić w czymś, co dawno straciło temperaturę, zamiast po prostu wyjść na zewnątrz?
Odpowiedzią jest mechanizm, który psychologia nazywa błędem kosztów utopionych. Niezwykle często dotyczy on nas samych. Tkwimy w związkach, w których nikt nikogo nie krzywdzi, ale też nikt już nie słucha. Chodzimy do pracy, która nas nie rozwija, ale „daje bezpieczeństwo”. Trzymamy się relacji, które opierają się wyłącznie na wspomnieniach z przeszłości. Przekonujemy samych siebie, że „przecież nie jest najgorzej”, zapominając, że brak otwartego konfliktu nie oznacza jeszcze obecności życia.
Czekamy na kryzys, na to, że druga strona zrobi coś niewybaczalnego, na nagłą redukcję etatów w pracy albo na pojawienie się kogoś nowego, kto „wyciągnie nas” z marazmu. Przenosimy odpowiedzialność na los, bo panicznie boimy się pustki, która pojawia się tuż po zamknięciu drzwi.
Kiedy więc powiedzieć sobie „dość”?
Ja wiem, że łatwo powiedzieć, a o wiele trudniej zrobić. Szczególnie wtedy, gdy dorosłe życie staje się mało kolorowe, a my nade wszystko potrzebujemy stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa. Trudno zrezygnować z letniej wody, kiedy jedyną alternatywą wydaje się lodowaty grunt niepewności – tej finansowej, mieszkaniowej czy emocjonalnej.
Myślę, że nasze wzorce z dzieciństwa mają również ogromne znaczenie. Jeśli dorastaliśmy w domach, w których na miłość i uwagę trzeba było sobie ciężko zapracować, albo w takich, gdzie lepiej było nie mówić, żeby mieć święty spokój, to w dorosłym życiu bierzemy ten chłód za normę. Uczymy się, że bliskość musi wiązać się z rezygnacją z siebie. Normalizujemy emocjonalny dystans, bo podświadomie wierzymy, że na nic więcej nie zasługujemy, a stabilność jest warta każdej ceny.
Wiele razy słyszałam sformułowanie, że kiedyś ludzie się tak często nie rozwodzili, że dawniej miłość była do grobowej deski. I oczywiście zgodzę się z tym, zresztą statystyki i badania socjologiczne wyraźnie to potwierdzają. Kiedyś trwałość małżeństw była wartością nadrzędną.
Tylko teraz pojawia się pytanie: czym tak naprawdę było to spowodowane? Czy faktycznie wielką, dojrzałą miłością i piękną sztuką „naprawiania zamiast wymieniania na nowe”, czy może jednak strachem i brakiem wyboru?
Nie wsadzam oczywiście wszystkich do jednego wora. Z głębokim szacunkiem patrzę na pary z kilkudsiesięcioletnim stażem, które przez dekady potrafiły pielęgnować czułość, rozmawiać i wspólnie stawiać czoła kryzysom. W świecie, który dziś wszystko chce wymieniać na nowszy model przy pierwszym zarysowaniu, ich mądrość i cierpliwość są bezcenne. Czasami rzeczywiście warto i trzeba naprawiać.
Jednak dla bardzo wielu osób ta dawna „miłość do grobowej deski” nie miała nic wspólnego z romantyzmem. Była wynikiem twardej, ekonomicznej zależności (zwłaszcza kobiet), potężnego społecznego ostracyzmu, presji religijnej i braku jakiejkolwiek alternatywy. Ludzie nie odchodzili, bo po prostu nie mieli dokąd. Trwali więc w cichych, chłodnych układach, ucząc się znosić samotność we dwoje i akceptować absolutne minimum jako jedyną dostępną rzeczywistość. To, co dziś niektórzy z nostalgią nazywają „piękną tradycją”, nierzadko było po prostu cichym, wieloletnim znoszeniem cierpienia w imię tego, „co ludzie powiedzą”.
Tymczasem najtrudniejsza prawda brzmi: odejście od rzeczy, które nam nie służą, wymaga zgody na tymczasową pustkę. Wymaga przejścia przez swoistą żałobę – nie tylko po tym, co tracimy, ale przede wszystkim po naszych nadziejach, że dana sytuacja w magiczny sposób sama się uzdrowi.
W popkulturze i mediach społecznościowych moment wyzwolenia z nieszczęśliwego układu często przedstawia się jako spektakularny triumf. Bohater pakuje walizki, na jego twarzy natychmiast pojawia się promienny uśmiech, a w tle gra podnosząca na duchu muzyka. Wszyscy chcielibyśmy zmieniać życie z taką lekkością.
Rzeczywistość bywa jednak o wiele bardziej szorstka. Podjęcie właściwej decyzji rzadko kiedy na początku wygląda jak sukces. Często towarzyszą mu łzy, paraliżujący smutek, lęk i głęboki ból. Możesz zrobić coś, co jest dla Ciebie najlepsze, i jednocześnie spędzić kolejne tygodnie na płaczu w poduszkę. To, że jakaś decyzja była słuszna i uratowała nas przed powolnym obumieraniem, wcale nie oznacza, że nie będzie rozrywać nas od środka. Rozstanie z letnią wodą to także pożegnanie z częścią samego siebie, z planami i wyobrażeniami, które w tamtym miejscu ulokowaliśmy. Ten ból nie jest dowodem na to, że popełniliśmy błąd – jest po prostu naturalnym kosztem zmiany.
Lęk przed tą próżnią paraliżuje najmocniej. Pustka kojarzy nam się z brakiem, z samotnością, z porażką. Wolimy więc znany, oswojony ból od nieznanej wolności. Ale zapominamy, że pustka to także przestrzeń – jedyne miejsce, w którym może pojawić się coś nowego. Dopóki trzymamy oburącz szklankę z letnią, zwietrzałą wodą, nie mamy wolnej ręki, by sięgnąć po coś, co naprawdę nas napoi.
Pytanie tylko, co zrobimy z tą wiedzą w momencie, gdy odłożymy telefon czy zamkniemy laptopa. Nikt nie przyjdzie i nie podejmie tej trudnej decyzji za nas – albo dziś odważysz się wyjść z letniej wody, albo za kilka lat obudzisz się w całkowicie lodowatej, wciąż czekając na cud.

Komentarze