top of page

Tęsknimy za zapachem drewna, ale otaczamy się dyktą z Ikei

28 wrz
4 minut(y) czytania

Mam wrażenie, że jako społeczeństwo wpadliśmy w głęboką apatię na design, zdobnictwo i styl. Wystarczy spojrzeć na to, jak mieszkamy. Otacza nas ocean płyty wiórowej, okleina udająca dąb i meble, które po dwóch przeprowadzkach nadają się już tylko do kosza. Określiłabym to jako zalew estetycznej beznadziei, ale pozostawię Wam przestrzeń do lepszych epitetów. Z jednej strony może faktycznie jest to wybór wygody, jednak byłabym bardziej skłonna wskazać na absolutną obojętność wobec tego, czym się otaczamy.


Mieszkanie moich rodziców nie jest w moim stylu, aczkolwiek od kiedy tylko przekroczę ich próg, widzę, że stanowi ono przedłużenie ich tożsamości. Mówi o ich inspiracjach, stylu życia i upodobaniach estetycznych. Mieszkania rodem z Ikei nie mówią mi absolutnie nic. Zwłaszcza że najczęściej są ubogie w pamiątki, zdjęcia czy inne bibeloty – bo okrągła lampka i świeczka od Andziaks się nie liczą. Gdy zastanawiam się nad tym i przyglądam temu bliżej, myślę, że powodem wyboru takiej bylejakości mogą być przestrzeń i pieniądze. Co prawda sam koszt zakupu starych mebli potrafi być niższy niż nowego regału z marketu, ale mówię tu bardziej o estetyce samej przestrzeni. Żeby pozwolić sobie na prawdziwe, ciężkie drewno, trzeba mieć na nie odpowiednie mieszkanie. Dzisiejsza deweloperka, ze swoimi niskimi sufitami, ciasnymi pokoikami i surowymi, kanciastymi ścianami, po prostu nie przyjmie dawnego designu tak, jak na to zasługuje. Wysokość ścian w przedwojennych kamienicach wynosiła 3,20 m do nawet 3,80 m, dziś są to zaledwie 2,55 m – 2,60 m. Masywny przedwojenny kredens czy trzydrzwiowa szafa z orzecha wstawiona do takiego pokoju fizycznie zabiera światło i przytłacza proporcje. Inna sprawa, że masywne rzeźbienia, przedwojenny kredens czy meble z PRL-u potrzebują ciepła, zaokrąglonych ścian czy sztukaterii. Wstawione do dwudziestoparometrowej kawalerki nie mają sensu – chyba że od samego początku projektujemy przestrzeń właśnie pod nie. Inna sprawa, że bylejakość objęła w tym momencie wszystko: od mieszkań, przez klatki schodowe, po całe budownictwo.


Ostatnio zwiedzałam kościół w dalekich, rodzinnych okolicach Borów Tucholskich. Bazylika Wniebowzięcia NMP w Koronowie zachwyciła mnie połączeniem stylu barokowego i rokoko. Bogate dekoracje, sztukateria, elementy architektoniczne w znacznej części pokryte złotem. Jak to jest, że mimo takiego rozwoju technologii takie budowle już nigdy nie powstaną? Możemy jedynie zachowywać i konserwować starodawne zabytki, bo współczesne budynki wytrzymają nie więcej niż sto lat (zgodnie z normami PN-EN) – o ile w ogóle. Dla porównania budynki historyczne, wznoszone z cegły ceramicznej, kamienia i naturalnego wapna, starzeją się bardzo wdzięcznie i mają żywotność mierzoną w setkach lat. Ale teraz zatrudnienie takiego rzemieślnika-artysty, który poświęci setki czy tysiące godzin pracy nad ręcznymi zdobieniami jest całkowicie nieopłacalne komercyjnie. W skrócie, sztuka przestała się opłacać i jest w tym coś naprawdę smutnego.


Na Instagramie trwa lekki powrót do zachwytów starym designem. A przynajmniej mam nadzieję, że to początek trendu, a nie tylko mój algorytm. Jeśli jesteś pinterest girl, fajnie orientować się w statystykach. Są one niezwykle ciekawe. Odwrót od sterylnego minimalizmu potwierdzają dane platformy – z ich corocznych raportów trendów (Pinterest Predicts) wynika, że wyszukiwania haseł związanych z wnętrzami eklektycznymi, meblami z duszą czy łączeniem nowoczesności z antykami rosną z roku na rok o 85% do nawet 150%.


Powodem popularności współczesnego minimalizmu jest jeszcze gust. Kiedy rozmawiam ze znajomymi, zauważam, że zachwyt dawnym rzemiosłem pozostał domeną nielicznych – być może tylko tych „starych dusz”. Sama uwielbiam polować na takie perełki. Przynajmniej wizualnie i w dodatkach, bo wynajem kawalerki typu Ikea nie sprzyja wielkim zakupom vintage. Ostatnio na Vinted wypatrzyłam absolutne cuda: bogato zdobioną toaletkę z potrójnym lustrem i misternie rzeźbionym brzegiem, toaletkę z rzeźbionymi, falowanymi nóżkami w stylu Ludwika XVI czy pokaźną komodę z orzecha włoskiego. Raporty branżowe pokazują, że od lat 60. XX wieku ilość wyrzucanych mebli wzrosła o ponad 450%. Średnia długość użytkowania mebli skróciła się do zaledwie 5 lat. Dla porównania – tradycyjne meble z litego drewna projektowano z myślą o użytkowaniu przez dziesięciolecia, a nawet stulecia. Ze względu na konstrukcję z płyt wiórowych łączonych klejem współczesne meble są praktycznie nienaprawialne i po pierwszym rozkręceniu/przeprowadzce tracą sztywność. Wybór vintage, chociaż dalej w mniejszości, jest już nie tylko estetyczny, ale i rozsądnieszy.


Moi rodzice często jeżdżą na kultową Giełdę Staroci na Kole przy Obozowej, a ja słyszałam również o niedzielnym targu Olimpia na warszawskiej Woli. To miejsca, gdzie obok zwykłych gratów wciąż można wyłowić prawdziwe skarby stolarki – od giętych krzeseł po przedwojne toaletki. A po małe akcesoria, zastawę czy talerzyki zawsze można udać się na Pragę. Przez całe życie miałam ogromny sentyment do Bródna (tam się urodziłam), ale na chłodno – to Praga jest kopalnią architektonicznych skarbów. Mieszkam tu od roku, więc co i rusz trafiam na coś nowego. Niedawno napisałam nawet o tym artykuł do gazety. Pamiętam z niego sklep z antykami Look Inside – tuż za jego progiem czułam się, jakbym w dzieciństwie weszła do mieszkania dziadków. Na Pradze-Południe jest również sklep Ładne Vintage, a teraz na Śródmieściu moja przyjaciółka otworzyła The Hermit. Miejsce, które jest połączeniem sklepu z antykami i kawiarni. Wczoraj kupiłam tam mały porcelanowy talerzyk niemiecki. Wzór róż i złote zdobienie wyglądały jak zdjęte z wazonu mojej babci. Nigdy nie powinno się żałować zakupów z sentymentu.


Takie miejsca to prawdziwe skarby. Ciekawa jestem tylko, czy rzeczywiście jest na nie tak duży popyt. Skoro się utrzymują, to znaczy, że ludzi ceniących dobry design jest wystarczająco dużo. Z danych OLX Polska wyczytałam, że kategoria „antyki i kolekcje” oraz „meble z drugiej ręki” należą do najszybciej rosnących pod kątem liczby wyszukiwań wśród użytkowników w wieku 18–35 lat. Hasła takie jak „PRL”, „chierowski”, „patyna” czy „duński design” odnotowują wielokrotne wzrosty rok do roku.


Jednak czy miłośnicy vintage wciąż należą do mniejszości? Mimo wszystko uważam, że tak. Wśród znajomych mogę do nich zaliczyć jedynie moich rodziców, jedną przyjaciółkę i partnera. Niedużo. Dla większości liczy się po prostu to, żeby stół był stołem. Ilości znajomych z własnymi mieszkaniami w stylu "Ikea vibe", nie zliczę. Odstawiając na bok wszelkie praktyczne kwestie i warunki, wybór starych mebli to dziś przede wszystkim kwestia gustu. To pewne szukanie wyjątkowości w świecie na jedno kopyto. Ustalmy to szczerze: niewiele rzeczy naprawdę nas dziś cieszy. Wszystko możemy kupić od ręki i hurtowo, dlatego takie zabytkowe meble czy antyki mogą znaczyć tak wiele.



 
 
 

Komentarze


bottom of page