Słodko-gorzki ból fantomowy. Dlaczego tęsknimy za czasami, których nigdy nie przeżyliśmy?
- 28 cze
- 3 minut(y) czytania

Czuję się w dzisiejszym świecie jak puzzel w nieodpowiedniej układance i myślę, że z tym uczuciem może się ze mną utożsamić duża część młodych osób. Romantyzujemy przeszłość, żyjemy wspomnieniami, które wcale nie są nasze, i marzymy o świecie, którego tak naprawdę nie znaliśmy. Czy to oznacza, że pomimo coraz większego rozwoju technologicznego i nieograniczonych możliwości jesteśmy coraz mniej szczęśliwi?
Anemoia – ból za utraconym rajem
To specyficzne uczucie ma swoją piękną, choć nieco melancholijną nazwę – anemoia. To ból fantomowy naszej duszy; głębokie i trudne do zdefiniowania pragnienie powrotu do czasów, miejsc lub realiów, w których nigdy nie postawiliśmy stopy. Nasze pokolenie opanowało tę sztukę do perfekcji. Kupujemy aparaty analogowe, by uwieczniać chwile z celowym opóźnieniem, zbieramy płyty winylowe, choć całą muzykę świata mamy na wyciągnięcie ręki w aplikacji na telefonie, i namiętnie oglądamy seriale osadzone w realiach ubiegłego wieku, szukając w nich jakiegoś bliżej nieokreślonego schronienia.
Dlaczego nastolatkowie i dwudziestolatkowie, którzy powinni czerpać garściami z dobrodziejstw nowoczesności, wolą uciekać myślami do czasów, gdy internet raczkował, a telefony były uwiązane kablem do ściany?
Odpowiedź tkwi prawdopodobnie w cenie, jaką przyszło nam zapłacić za postęp. W dzisiejszym świecie mamy niemal wszystko, o czym kiedyś ludzie mogliby tylko pomarzyć – natychmiastowy dostęp do wiedzy, aplikacje randkowe, dzięki którym teoretycznie możemy poznać miłość życia w pięć sekund, oraz możliwość pracy i nauki z dowolnego zakątka ziemi. Otrzymaliśmy wolność wyboru, o jakiej poprzednie pokolenia nie śmiały nawet marzyć!
Jednak czy to oznacza, że teraz jesteśmy szczęśliwsi? Nie do końca. I choć wielu z nas żyje w bańce pozornego komfortu, nieograniczonego wyboru i ciągłego self-improvementu, pod tą ładną, instagramową powłoką kryje się głębokie zmęczenie. Jesteśmy przebodźcowani, nieustannie podłączeni do sieci i podświadomie oceniani. Każdego dnia scrollujemy setki idealnych kadrów z życia innych ludzi, niechcący wpadając w spiralę porównań. Nasz mózg zwyczajnie nie nadąża za tempem, jakie narzucił nam algorytm. W tym ciągłym biegu i cyfrowym szumie zaczynamy marzyć o czymś, co wydaje się stabilne i spokojne. A przeszłość – nawet ta zupełnie nam obca – jest dla nas ciepłym, bezpiecznym schronieniem przed teraźniejszością.
My nie tęsknimy za latami osiemdziesiątymi czy dziewięćdziesiątymi takimi, jakimi były w rzeczywistości. My tęsknimy za ich pięknie skrojoną, wyestetyzowaną wersją.
Ale to wcale nie jest tak, że tamte czasy były bezproblemowe, że nie brakowało w nich codziennych trosk, a ludzie żyli w nieustającej, beztroskiej sielance. Prawda jest taka, że nasza tęsknota nie dotyczy prawdziwej przeszłości z jej realnymi problemami, kryzysami ekonomicznymi, podziałami społecznymi czy brakiem dostępu do współczesnej medycyny.
Wracamy do modnych ubrań oversize, kaset magnetofonowych i romantycznych kadrów z filmów o dorastaniu. Romantyzujemy brak smartfonów, wyobrażając sobie, jak cudownie byłoby po prostu przyjść do kogoś w odwiedziny bez wcześniejszego umawiania się na konkretny dzień i godzinę. W końcu kiedyś niezaproszony gość był całkowicie normalny, a wręcz nikt nie oczekiwał wcześniejszej zapowiedzi. Naturalne było to, że po prostu pukało się do drzwi znajomych z bloku obok, by spędzić ze sobą popołudnie. Dzielenie się ciszą, wspólne słuchanie jednej taśmy i po prostu „bycie” razem, bez kompulsywnego sprawdzania powiadomień co trzy minuty, stanowiło codzienność, o której dziś powoli zapominamy.
Mogę zrobić telefonem tysiące zdjęć, ale żadne z nich nie będzie tak wyjątkowe jak to, które wydrukuję i włożę do albumu. Tęsknimy za dotykiem papierowej książki, zapachem winylowej płyty i satysfakcją z odręcznego zapisywania stron w pamiętniku. Chcemy poczuć, że otaczające nas przedmioty mają swoją wagę, fakturę i duszę.
Co zatem możemy zrobić z tym dojmującym uczuciem bycia niedopasowanym puzzlem, od którego zaczęłam te rozważania?
Łatwo jest popaść w melancholijne marzycielstwo i uznać, że jedynym ratunkiem na cyfrowy hałas i przebodźcowanie jest rzucenie wszystkiego i ucieczka na głęboką wieś, do drewnianej chaty na skraju lasu, gdzie zasięg nie dociera. Prawda jest jednak znacznie bardziej łaskawa: wcale nie musimy przeprowadzać tak radykalnych rewolucji, by odzyskać spokój i uważność. Tęsknota za dawnymi latami nie powinna nas paraliżować ani sprawiać, że zaczniemy uciekać od rzeczywistości.
Wystarczą małe, codzienne nawyki, aby przemycić do naszego „tu i teraz” dokładnie to, za czym tak bardzo tęsknimy. Kwadrans z książką o poranku zamiast natychmiastowego scrollowania telefonu po przebudzeniu, zaparzenie herbaty w ulubionym kubku w pełnej ciszy czy krótki spacer bez słuchawek w uszach – to właśnie te drobne kroki pozwalają nam zwolnić.
Ostatnio przeczytałam na jednym z blogów niezwykle trafne zdanie:
Nie zbudujesz pozytywnej przyszłości z negatywnym nastawieniem.
To prosta, ale uderzająca prawda. Nasze dzisiaj za kilkanaście lat będzie przecież przeszłością, do której być może sami będziemy wzdychać z nostalgią.
Teraźniejszość kreujemy w tej konkretnej sekundzie. Zamiast czekać na idealne warunki lub bezskutecznie tęsknić za minionymi dekadami, możemy zacząć delikatnie, z czułością szlifować brzegi naszego „niedopasowanego puzzla”. Małymi, świadomymi zmianami możemy sprawić, że zacznie on pasować do układanki, którą sami dla siebie tworzymy każdego dnia. I nagle okaże się, że nasz czas jest dokładnie tym, w którym chcemy być.

Komentarze