Sezon ślubny otwarty. Dlaczego lepiej pójść z przyjaciółką niż z kimkolwiek?

Przychodzi taki moment, że w pełnym wieku w pewnym towarzystwie zawsze czujesz się tą trzecią, tym najlepszym kumplem Stevem. A wszystko to przez brak drugiej połówki. I chociaż z przyzwyczajenia i ja używam tego sformułowania, to prawda jest taka – i myślę, że każda z nas zdaje sobie z tego sprawę – same w sobie jesteśmy pełne, nie jesteśmy połówką, aby druga połówka nas dopełniała. Partner zawsze ma być dodatkiem do życia, jego dużą częścią, ale nie sensem.
Niemniej jednak, wpadamy czasem w pułapkę społecznych porównań. Nasz mózg ma naturalną tendencję do mierzenia własnego szczęścia linijką innych – obrączek na palcach znajomych, rocznic i kolejnych etapów życia par. To rodzi złudzenie, że jesteśmy w jakimś wyścigu do tyłu. A przecież całe to odkładanie planów, podróży czy celebrowania chwil na moment, aż „ktoś się pojawi”, to syndrom gościa na własnym weselu życia. Czekamy na magiczne dopełnienie i trochę przy tym zapominamy, że autonomia emocjonalna pozwala nam w pełni żyć tu i teraz.
Niemniej każdy z nas ma momenty, w których presja „na bycie z kimś” jest odczuwalna. Czy to ciotka zapyta, jak tam życie miłosne, czy to zaproszenie na ślub z osobą towarzyszącą, która jeszcze nie istnieje. Skąd w nas ten lęk przed oceną? Nazywanie pewnych sytuacji pomaga nam w ich oswojeniu. A to o czym mówimy, to często zinternalizowana presja patriarchalna – wtłaczana kobietom od pokoleń, która mierzy naszą wartość obecnością mężczyzny u boku. Bo jeśli go nie ma, to może coś z nami nie tak? Tylko zapominamy, że żyjemy w zupełnie innych czasach niż dawniej.
Aplikacje randkowe i media społecznościowe karmią nas podświadomym przekonaniem, że za rogiem zawsze czeka ktoś lepszy, ładniejszy, bardziej kompatybilny. To sprawia, że relacje stały się wymienne i nie zawsze mamy na to wpływ. Jeśli jesteś singielką, to najważniejsze, abyś dała sobie prawo do bycia w tym miejscu, w którym jesteś. Brak partnera w danym momencie życia to nie dowód życiowej porażki, lecz często naturalny przystanek w budowaniu własnej stabilności emocjonalnej.
Ale mało sympatyczny sezon ślubny trwa w najlepsze, więc może zacznijmy od niego. Niewiele osób ma odwagę przyjść samemu na wesele. Sama to rozumiem, zwłaszcza gdy wokół wszyscy bawią się w parach, a lęk przed samotnością miesza się z obawą przed wykluczeniem. Ale z doświadczenia dodam, że na weselu pojawiłam się sama raz. O ironio – w momencie, w którym byłam w związku. I o ironio – bawiłam się naprawdę dobrze!
Kiedyś rozważałyśmy z przyjaciółką, że jeśli dostaniemy kolejne zaproszenie, pójdziemy na ślub we dwie. Serio, szukajcie oparcia we własnym stadzie i wybierajcie dojrzałą bliskość ponad toksyczny przymus paradowania z kimkolwiek. Bo przecież szukanie kogoś na siłę tylko po to, żeby „być z kimś”, to absurdalna presja. Czy naprawdę wolimy ryzykować własny komfort i dobrą zabawę z obcym człowiekiem „tylko na pokaz”, zamiast iść z przyjaciółką, ze strachu, że ciotka, której na oczy nie widziałyśmy, pomyśli coś stereotypowego? Niestety, schematyczne myślenie wciąż ma się dobrze, ale my nie musimy nikomu się tłumaczyć ani wpisywać w cudze scenariusze. Zdrowo przekraczajmy swoje lęki i zaakceptujmy rzeczywistość: tak, bywają momenty trudne, presja boli, sezon ślubny bywa irytujący, ale to nie my jesteśmy zepsute – to system oczekiwań wymaga aktualizacji.
Komentarze