Romantyczny, bo inny. Dlaczego kino tak często romantyzuje zdradę?

Z jakiegoś powodu popkultura zdecydowała, że zdrada częściej jest początkiem filmu romantycznego niż dramatu obyczajowego. Nie tak dawno byłam na kinie letnim. Oczywiście leciał Pamiętnik, a tłum ludzi najpewniej śmiało przytaknąłby, że jeśli zdradzać, to z Ryanem Goslingiem. Wiadomo. Ale spójrzmy szerzej. Większość filmów o zdradach jest historią romantyczną. Zupełnie tak jakby „prawdziwa miłość” usprawiedliwiała krzywdzenie drugiej osoby. I o ile mniej mi to przeszkadzało w Titanicu, bo chociaż Rose była zaręczona z Calem, to umówmy się, nie był to najlepszy materiał na partnera, tak w Pamiętniku niezmiernie szkoda mi narzeczonego Allie.
Przykładów "romantycznych historii" jest więcej, a poruszanie tematu zdrady w ich kontekście to jak otwieranie puszki Pandory. Bo przecież Big zdradza Natashę z Carrie, a Carrie zdradza Aidana z Bigiem. Jednak serial (Seks w Wielkim Mieście) nie przedstawia tego jako czegoś okropnego. Narracja mówi nam, że zdrada to wybór czegoś wyjątkowego, czego żaden z bohaterów nie potrafił odpuścić. Temat prosi się o historię z życia wziętą. A więc podobnie jest z księciem Karolem i Kamilą. Ich opowieść to niemal gotowy scenariusz na film albo serial, w którym prawdziwa miłość przez lata przegrywała z obowiązkiem rodzinnym i niewłaściwymi małżeństwami. Brzmiałoby to wszystko romantycznie, o ile całkowicie zdehumanizujemy osobę zdradzaną. Bo niestety ta staje się przeszkodą między kochankami a ich przeznaczeniem.
Kino bardzo lubi ten schemat. Zdrada zdaje się dodawać smaczku i podnosić poprzeczkę. Bo jeśli ktoś ryzykuje związek, małżeństwo, dotychczasowe życie, karierę, pozycję, to uczucie naprawdę musi być wyjątkowe. Popkultura podświadomie nagradza tego, kto zdradza, bo to on miał odwagę pójść za głosem serca. To tak jakby miłość poparta ryzykiem zniszczenia własnego (i cudzego) życia była autentyczniejsza od tej budowanej na spokoju, szacunku i lojalności.
Wątek zdrady zawsze jest dla mnie paskudny, ale uważam, że dużo bardziej niż w innych produkcjach podzielił on odbiorców serialu One Tree Hill. Lucas i Peyton szybciej odnajdują szczęście w swoich ramionach niż zdradzona Brooke. I niezmiernie dziwię się, że fanów tej relacji jest aż tylu. Nawet jeśli Brooke nie była "tą jedyną" dla Lucasa, to naprawdę mógł rozegrać to inaczej. Szanuję ogromną część widzów serialu za to, że nigdy nie zapomnieli Lucasowi tej zdrady i murem stanęli po stronie Brooke. Ale to niestety wyjątek od reguły. Myślę, że nie miałoby to miejsca, gdyby nie fakt, że zdradzana również była główną bohaterką i wzbudzała ogromną sympatię do swojej postaci. W pewnym momencie scenarzyści skupili się nawet bardziej na niej niż na Lucasie.
Gdybym miała sprecyzować główną myśl kina, która robi nam w głowach problem, byłoby to: kto nie ryzykuje, ten kocha za mało. Ale myślę, że popularność tych schematów wynika również z reakcji odbiorców, którzy jednak w większości kibicują kochankom. Problem pojawia się w myślach jednostek, które widzą człowieka w człowieku. I tutaj chciałabym zwrócić uwagę na ważny aspekt. To, że zdrada jest tłumaczona prawdziwą miłością, to bzdura, a czas ekranowy sprytnie manipuluje naszą empatią. Z natury emocjonalnie wiążemy się z głównymi bohaterami i to im kibicujemy. Skoro śledzimy wewnętrzne rozterki Carrie, Lona widzimy tylko przelotem, a Natashę poznajemy jako tę „drugą” z perspektywy zdradzającej, naturalnie solidaryzujemy się z Carrie i Bigiem. Ja oczywiście nie, skoro o tym piszę. Zawsze niezwykle trudno było mi zrozumieć, jak można budować szczęście na czyimś nieszczęściu i jeśli osoby będące w związkach z nieodpowiednimi osobami szukały czegoś więcej, to czemu nie zakończyły relacji, które nie były „tym czymś”.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że twórcy filmów i seriali dbają o to, by zdradzający cierpieli. Tymi ewidentnie targają wyrzuty sumienia, tak jakby cierpienie miało być dowodem ich wrażliwości i pewnym rozgrzeszeniem. Tylko że nie jest. Ból osoby zdradzanej bywa w fabule całkowicie ugładzony, pokazany jako irytujące oburzenie lub niepokazany wcale. Ale prawdziwe życie wygląda inaczej, a osoby, które zdradzają niezależnie od sytuacji, to po prostu chujowe osoby. I nie widzę sensu, żeby je romantyzować, czy to w życiu, czy na ekranie.
Komentarze