top of page

Potrafimy odejść od toksycznego partnera, ale nie potrafimy zostawić przyjaźni, która nam nie służy

  • 23 lip
  • 3 minut(y) czytania

Kiedy rozpada się związek romantyczny, zewsząd płyną porady. Trenerzy rozwoju osobistego i psychoterapeuci tłumaczą, jak przetrwać ten trudny czas. Popkultura karmi nas setkami filmów o złamanych sercach, playlistami pełnymi melancholijnych utworów i poradnikami, które uczą nas, jak radzić sobie ze stratą. W takich chwilach przyjaciele przychodzą z lodami, rodzina oferuje słowa otuchy, a w pracy czasem można liczyć na taryfę ulgową. Rozstanie z partnerem to społeczna norma – wiemy, że mamy prawo czuć się źle i potrzebujemy czasu na żałobę.

 

Co dzieje się jednak wtedy, gdy rozpada się najbliższa przyjaźń? Najczęściej nic wielkiego – przynajmniej z perspektywy postronnych obserwatorów.

 

A przecież to właśnie przyjaźń, szczególnie ta trwająca od dzieciństwa, po swoim nagłym końcu pozostawia głęboką, dezorientującą pustkę. To doświadczenie bywa jednym z najbardziej bolesnych, a zarazem najbardziej samotnych momentów w naszym życiu emocjonalnym.

Nasza kultura postawiła miłość romantyczną na absolutnym piedestale. To partner ma być naszym „wszystkim” – kochankiem, powiernikiem, współlokatorem i najlepszym przyjacielem. W tym układzie tradycyjna przyjaźń, choć uznawana za cenną, bywa spychana na margines, traktowana jako relacja „drugiej kategorii”.

 

Ta hierarchia sprawia, że w obliczu końca przyjaźni zostajemy w próżni. Brakuje nam języka, by opisać ten ból. Jak powiedzieć znajomym, że od tygodni nie możemy spać, bo przyjaciółka przestała odpisywać na nasze wiadomości? Dlaczego mielibyśmy płakać po kimś, z kim „tylko” piliśmy kawę i rozmawialiśmy przez telefon?

 

W psychologii istnieje pojęcie disenfranchised grief – żałoby pozbawionej praw, marginalizowanej. To ból, którego otoczenie nie uznaje za uzasadniony. Ponieważ społeczeństwo nie daje nam przyzwolenia na opłakiwanie straty przyjaciela w taki sam sposób, w jaki opłakuje się partnera czy śmierć bliskiej osoby, zamykamy ten ból w sobie. Cierpimy w ukryciu, zawstydzeni intensywnością własnych emocji.

 

Czy przyjaźń trudniej zerwać niż związek?

Paradoksalnie, w związku romantycznym łatwiej jest nam postawić granicę i powiedzieć: „to mi nie służy, odchodzę”. Jesteśmy uczeni, że toksyczne relacje partnerskie należy kończyć dla własnego dobra. Gdy jednak chodzi o przyjaźń, oczekuje się od nas znacznie większej wyrozumiałości i wytrwałości. Wychowani na mitach o „przyjaźni do grobowej deski”, często trwamy w układach, które dawno przestały nas wspierać, a zaczęły wyniszczać.

 

W przyjacielskich relacjach znacznie trudniej zauważyć moment, w którym przekraczane są granice. Często tolerujemy pasywną agresję, zazdrość, jednostronność czy emocjonalne wykorzystywanie, tłumacząc to wspólną historią: „przecież znamy się od podstawówki”, „ona po prostu taka jest”.

 

Często też rozpad nie następuje w wyniku wielkiej kłótni, ale poprzez powolne, bolesne „rozjeżdżanie się” życiowych ścieżek. Różne etapy życia, inne wybory, rozbieżne wartości – nagle okazuje się, że człowiek, z którym dzieliliśmy każdy sekret, staje się obcy. To powolne wygasanie relacji bywa bardziej wycieńczające niż gwałtowne zerwanie, ponieważ pozbawia nas jasnego zakończenia. Pozostawia w zawieszeniu i niepewności, czy to już definitywny koniec, czy tylko chwilowy brak czasu.

 

Niezwykle trafną i bezkompromisową wiwisekcję takiej relacji odnajdujemy w tetralogii Eleny Ferrante Genialna przyjaciółka. Historia Eleny Greco (Lenu) i Raffaelli Cerullo (Lili) pokazuje, że więź między dwiema kobietami może mieć temperaturę i intensywność greckiej tragedii. Ich relacja, rozpięta na przestrzeni kilkudziesięciu lat, to nieustanne ścieranie się miłości, podziwu, ale też toksycznej rywalizacji, zazdrości i bolesnych napięć.

 

Ferrante doskonale ilustruje, że przyjaźń bywa równie absorbująca i destrukcyjna jak najbardziej namiętny romans. Lenu definiuje siebie poprzez Lilę – jej sukcesy są dla niej motywacją, ale i źródłem głębokich kompleksów. Z kolei Lila potrafi ranić Lenu z okrutną precyzją, znając jej najczulsze punkty. Mimo to, żadna z nich nie potrafi w pełni zerwać tej więzi. Są dla siebie nawzajem punktem odniesienia, lustrem, w którym przeglądają się przez całe życie.

 

Przykłady z prozy Ferrante pokazują, dlaczego utrata takiej osoby boli tak bardzo. Kiedy odchodzi przyjaciel, z którym dzieliliśmy tożsamość przez lata, tracimy część samego siebie – tego, kim byliśmy w jego oczach. Znika świadek naszej przeszłości, osoba, która jako jedyna rozumiała kody, skróty myślowe i konteksty naszego dorastania.

 

Jak sobie poradzić ze stratą przyjaciela?

Daj sobie prawo do odczuwania bólu. Smutek, złość czy poczucie odrzucenia są w tym przypadku naturalną reakcją na zerwanie ważnej więzi. Przyjaźnie rzadko kończą się formalną rozmową wyjaśniającą – częściej po prostu wygasają lub są przerywane nagłym milczeniem. Spróbuj więc samodzielnie poukładać to w głowie i wytłumaczyć sobie, dlaczego ta relacja się zakończyła.

Często myślimy, że skoro coś się skończyło, to cały ten czas został zmarnowany. Ale rozpad przyjaźni nie oznacza, że lata spędzone razem były bezwartościowe. Ludzie się zmieniają, rozwijają w różnych kierunkach i czasem najzdrowszym, choć bolesnym rozwiązaniem jest pozwolenie sobie na pójście osobnymi drogami. Zaakceptowanie faktu, że ta relacja była ważna na określonym etapie życia, ale ten etap dobiegł końca, ułatwia uwolnienie się od żalu i poczucia winy.

Przyznanie przed samym sobą, że mamy prawo do odczuwania bólu, bywa najtrudniejsze, bo przecież przyjaźń to najczystsza forma dobrowolnej więzi. Wybieramy siebie każdego dnia na nowo. Być może właśnie dlatego, kiedy ten wybór nagle przestaje być obustronny, jest tak bolesny. Opłakanie utraconego przyjaciela nie jest słabością. To sposób, by uszanować to, co się czuło. Tylko wtedy możemy z czasem pójść dalej i znowu otworzyć się na nowe, bliskie relacje.



 
 
 

Komentarze


bottom of page