Nie żyjemy w dramacie Słowackiego. Ale mordercy naprawdę żyją wśród nas

Chciałabym, żeby było inaczej. Ale wierzę w instynkt przetrwania i w to, że o empatię jest nam zdecydowanie ciężej niż o własne interesy. Podskórnie czuję, że to realizm, ale czasami jest mi z nim źle. Chciałabym wierzyć, że ludzie są dobrzy. Nie są. Chciałabym lubić ludzi. Chyba lubię, ale mam świadomość, że nigdy nic mnie nie zdziwi. Nie uważam, żeby dobroć, moralność i kultura były wrodzone w ludzką naturę i to, że my tacy jesteśmy, nie sprawia, że powinniśmy oceniać świat swoją miarą.
Koleżanka, która pracuje w portalu informacyjnym, pisała niedawno artykuł o sprawie sprzed piętnastu lat. Historia dotyczyła mężczyzny, który usiłował wtedy zgwałcić, a z pewnością udusił młodą kobietę. Dziś ten człowiek jest wzorowym obywatelem. Ma żonę, dba o dzieci, udziela się społecznie. Biega maratony, ma stałą, szanowaną pracę i na co dzień nosi uśmiech kogoś, komu ufasz bez mrugnięcia oka. Gdybyś minęła go w parku albo stanęła za nim w kolejce po poranną kawę, pomyślałabyś pewnie: „co za ułożony, ciepły facet”. I chyba to jest w tym wszystkim najbardziej przerażające, a jednocześnie takie całkiem normalne. Nie żyjemy w fikcji Słowackiego, żeby ludzie nosili na czole znak ostrzegawczy. Ludzie, którzy zrobili złe rzeczy, wtapiają się w codzienność i żyją dalej, być może naprawdę dobrym życiem, jakby tamta noc nigdy się nie wydarzyła. Ale szczerze mówiąc, ile z nas zrobiłoby inaczej? Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdybyście rzeczywiście, nawet przypadkiem, bo o premedytację nie chcę nikogo z Was posądzać, popełnili grzech niewybaczalny? Albo jak zareagowałoby Wasze ciało w sytuacji zagrożenia życia? Na moje oko wszyscy żyjemy w dżungli, tylko na szczęście mamy kodeks karny i organy sprawiedliwości.
Póki sytuacja nas nie dotyczy, często uciekamy w poczucie bezpieczeństwa, które dają nam cyfry. W USA wskaźnik wykrywalności zabójstw spadł dramatycznie i dziś niemal co drugie morderstwo pozostaje nierozwiązane. Analitycy szacują, że po amerykańskich ulicach chodzi na wolności ponad 200 tysięcy nieukaranych zabójców. W Polsce trochę lubimy myśleć, że ten problem nas nie dotyczy. Faktycznie jest u nas lepiej, a i statystyki policyjne wyglądają uspokajająco – wskaźnik wykrywalności zabójstw od lat oscyluje w granicach 95–98%. Niepokój może budzić jedynie to, co za zamkniętymi drzwiami. Co roku w Polsce zgłasza się ponad 13 tysięcy zaginięć. Większość z nich się odnajduje, ale los ponad 4 tysięcy osób wciąż pozostaje tajemnicą. Ile z nich po prostu zniknęło, bo ktoś zadbał o to, by ciała nigdy nie odnaleziono? Ile zbrodni zostało błędnie zakwalifikowanych jako nieszczęśliwy wypadek, zawał serca, nagłe zatrzymanie krążenia czy samobójstwo? Idealne morderstwo to nie to, po którym policja goni sprawcę przez pół kraju. Idealne morderstwo to to, o którym nikt nigdy nie pomyślał, że w ogóle miało miejsce. Dlatego krótko zapytam. Ilu morderców żyje wśród nas? Na pewno trochę ich będzie, ale nie piszę tego, by wpaść w paranoję i w każdym mijanym przechodniu szukać potencjalnego.
Mnie po prostu od zawsze bardziej fascynowała struktura zła niż sama sprawiedliwość. W kulturze i literaturze znacznie bardziej pociągała mnie postać profesora Moriarty’ego niż samego Sherlocka Holmesa. Holmes jest przewidywalny w swojej praworządności, z kolei Moriarty reprezentuje umysł, który zrzucił z siebie gorset społecznych konwenansów, moralności i empatii. Nie chodzi o zachwyt nad zbrodnią, ale o tę niepokojącą fascynację: jak działa umysł, który nie uznaje zasad, na których ufundowano nasz świat?
Bo ludzie, którzy czynią zło, rzadko mają zdiagnozowaną psychopatię. Te przypadki to zaledwie 1–2% populacji. Zdecydowana większość ludzi zdolnych do skrajnej przemocy, a nawet zabójstwa, to osoby takie jak ja czy ty. Żyją normalnie, bo psycholog Edward Glover ładnie opisał ludzką zdolność do oddzielenia jednego obszaru życia od drugiego. Człowiek potrafi wyizolować akt przemocy jako zamknięty, niemający nic wspólnego z jego „prawdziwym ja” epizod. Jest to całkiem wygodne i sami korzystamy z tej furtki przy wielu innych sytuacjach, z których nie jesteśmy dumni lub które nie są nam na rękę. Różnią nas jedynie skala występków i intencje.
Rzadko mamy do czynienia z misternie planowanym, chłodnym zabójstwem w stylu kryminałów. Znacznie częściej to wynik sprzeczki, nagłej zazdrości, strachu czy poczucia zagrożenia. A za tym wszystkim stoi czysta biologia. Chwilę temu przeczytałam, że w momencie skrajnej złości lub zagrożenia dochodzi do tzw. porwania emocjonalnego. Racjonalna, logiczna kora przedczołowa odpowiedzialna za przewidywanie skutków i hamowanie impulsów zostaje wtedy odcięta przez ewolucyjnie starsze ciało migdałowate. W ułamku sekundy prymitywny instynkt uderzenia czy duszenia wygrywa z wiekami rozwoju cywilizacyjnego.
Należałoby w takim razie dojść do wniosku, że prawdziwa dobroć to absolutnie świadomy, codzienny wybór kogoś, kto doskonale wie, jak potężne instynkty i jak mroczne racjonalizacje potrafią drzemać w ludzkim umyśle, i mimo to decyduje się nie brać w tym udziału. Nie musimy być naiwne, by być dobre. Wystarczy, że nie pozwolimy, aby ta wiedza odebrała nam naszą własną wrażliwość.

Komentarze