top of page

Marzę o rzuceniu wszystkiego. Czy urlop od własnej egzystencji jest możliwy?

23 sie
2 minut(y) czytania

Po swojej self-care erze doszłam do absurdu codziennego wstawania rano z pragnieniem,

żeby po prostu nacisnąć pauzę. Rzucić wszystko, zatrzymać zegar, odwołać poniedziałki, zatrzasnąć drzwi przed nosami wszystkich maili, terminów i zobowiązań. Najchętniej po prostu wyszłabym z codzienności, odetchnęła i zajęła się tym, na co naprawdę mam ochotę. Tyle że życie nie ma przycisku stop.


W dorosłości obowiązują zasady, których niestety nie da się oszukać. Chyba, że masz na to pieniądze. Bez nich system przypomina ci o sobie z podwójną siłą. Niestety nie możesz robić tego, na co masz ochotę tylko dlatego, że akurat masz gorszy dzień albo ogarnął Cię egzystencjalny kryzys. Masz czas wydzielony w ściśle określonych godzinach – od, do, między jednym powiadomieniem a drugim. Szkoda, że nie ma czegoś takiego jak urlop od własnej egzystencji.


Obserwuje na Instagramie profil Magdy Staneckiej i zainteresowała mnie ona skandynawską autorką  Linn Strømsborg. Linn piszę o ludziach, którzy czują, że pękają pod naporem oczekiwań, a my czytamy i możemy im jedynie zazdrościć tego buntu. Chcemy wierzyć, że bunt jest prosty – wystarczy mieć wszystko gdzieś i kupić bilet w jedną stronę. Ale rzeczywistość szybko sprowadza nas do parteru. Rachunki nie pytają o naszą kondycje, lodówka sama się nie zapełni, a budzik zadzwoni dokładnie godzinę po tym jak ledwie się położyliśmy.


Myślę, że może właśnie w tym tkwi największy paradoks współczesnego świata. Z jednej strony możemy wszystko, a z drugiej – za to wszystko trzeba zapłacić bardzo konkretną walutą: czasem, zdrowiem i dopasowaniem się do zegara. Nie da się po prostu wziąć wolnego od życia. Zostaje nam więc szukanie małych wolności w szczelinach między jednym obowiązkiem a drugim – i psychologiczna ulga płynąca z faktu, że nie musimy mieć wszystkiego pod kontrolą. Tylko ten fakt trzeba jeszcze jakoś wprowadzić w życie, co w praktyce bywa najtrudniejsze.


Ostatnio czytałam o zasadach mikroskopijnych granic. To takie codzienne, nienaruszalne dla nikogo innego dziesięć minut, w których dosłownie odcinasz świat i swoją produktywność. To trudne, gdy Twój mózg jest zestresowany od nadmiaru obowiązków, ale może warto próbować raz po raz. Ponoć przydaje się też kontrolowane odpuszczanie, czyli taka świadoma zgoda na to, że wszystko może poczekać, a świat się nie skończy, jeśli nie odpiszesz na maila w pięć minut. Gorzej, że może to prowadzić do nawarstwiania się obowiązków. Ja chyba jeszcze nie znalazłam złotej uniwersalnej rady. Oczywiście wszystko zależy od nas, bo jeśli sami nie zwolnimy sobie miejsca w tym napiętym grafiku, nikt nie zrobi tego za nas. Zostaje nam więc tylko odpuszczanie mniejszych priorytetów i próba racjonalnego wytłumaczenia sobie tego. Tak właśnie myślę.

 
 
 

Komentarze


bottom of page