Lepiej naucz się mówić wprost o swoich uczuciach, jeśli nie chcesz cierpieć
- 12 lip
- 4 minut(y) czytania

Bardzo często wpadamy w błędne koło własnych oczekiwań. Myślimy, że skoro ktoś nas zna, jest z nami blisko i wie o nas praktycznie wszystko, to powinien sam domyślić się, dlaczego jesteśmy smutni albo czego nam w danej chwili brakuje. Zaczynamy milczeć i czekamy, aż ta osoba sama na to wpadnie. Kiedy tak się nie dzieje, czujemy się zranieni i odrzuceni. Zapominamy jednak o najważniejszym: nikt nie potrafi czytać w naszych myślach. Jeśli nie nauczymy się mówić wprost o swoich uczuciach i potrzebach, będziemy tylko cierpieć na własne życzenie.
Sama łapię się na tym, że zamiast mówić, zaczynam nadawać sygnały. Milknę, kiedy jest mi smutno. Głośniej stawiam kubek na stole, kiedy czuję złość. Wzdycham głęboko, licząc na to, że druga osoba się domyśli, o co mi chodzi. Kiedy tak się nie dzieje, to czuję ukłucie zawodu. Pojawia się myśl: „Skoro muszę o tym powiedzieć, to znaczy, że mu nie zależy”. Albo: „Gdyby mnie znała, wiedziałaby, o co chodzi”.
No i teraz pytanie, czy naprawdę tak jest? Czy jeśli ktoś się nie domyśla, to oznacza, że przestało mu zależeć? Że nasza relacja straciła głębię, a miłość wyparowała?
Niedawno przeczytałam, że tęsknota za partnerem, który „rozumie nas bez słów”, to powrót do najwcześniejszego dzieciństwa. Niemowlę nie potrafi nazwać swoich potrzeb – to rodzic musi domyślić się, czy płacz oznacza głód, kolkę, czy potrzebę bliskości. Kiedy dorastamy, podświadomie szukamy tej samej, bezwarunkowej fuzji w dorosłych relacjach. Oczekujemy, że partner stanie się tym idealnym rodzicem, który odczyta każdy nasz grymas. Tyle że dorosła miłość nie opiera się na symbiozie, ale na partnerstwie dwóch odrębnych osób. A partnerstwo wymaga dialogu.
A co, jeśli to wcale nie jest dowodem na obojętność? Może druga osoba ma po prostu głowę pełną myśli, swoje zmęczenie po całym dniu, swoje lęki i sprawy, które są równie ważne? Wszystko, co w nas najcenniejsze i najtrudniejsze, dzieje się wewnątrz nas. Gdyby nasi bliscy mieli stały, telepatyczny podgląd do chaosu, jaki codziennie panuje w naszych głowach, prawdopodobnie oszaleliby od nadmiaru bodźców.
Oczywiście nie możemy mylić braku telepatii z brakiem podstawowego zaangażowania i zainteresowania. Warto postawić tu wyraźną granicę. Znać drugiego człowieka to wiedzieć, jak pije kawę, co go cieszy, a czego nie znosi. Jeśli po trzydziestu latach małżeństwa mąż zabiera żonę w prezencie urodzinowym na dwunastogodzinne plażowanie all inclusive, podczas gdy ona kocha ruch i całe życie unikała takich wyjazdów – coś tu rzeczywiście poszło nie tak. To nie kwestia nieumiejętności czytania w myślach, ale braku elementarnej uważności na to, z kim dzielimy życie. To, że nie oczekujemy od bliskich odgadywania każdego chwilowego nastroju, nie oznacza zgody na bycie ignorowanym. Czym innym jest bowiem niedomyślenie się, dlaczego dziś wieczorem jesteś smutna, a czym innym brak wiedzy o twoich fundamentalnych potrzebach.
Ten syndrom „domyśl się” nie dotyczy zresztą wyłącznie relacji romantycznych. Równie boleśnie potrafi uderzyć w przyjaźń. Ile razy łapałaś się na tym, że czułaś żal do przyjaciółki, bo nie zadzwoniła, gdy miałaś gorszy czas? Zapominamy, że ona w tym samym czasie może mierzyć się z własnym przebodźcowaniem, kryzysem w pracy czy zwykłym zmęczeniem. Wymaganie od przyjaciół, by zawsze intuicyjnie odgadywali nasze potrzeby i bez słów wyczuwali gorszy nastrój, to prosta droga do cichego oddalania się od siebie.
Jak więc przerwać to milczenie i odbudować mosty? Gdy w relacji panuje podstawowa uważność, a my po prostu przechodzimy gorszy moment, kluczowe staje się jedno. Najważniejsze jest to, jak druga osoba zareaguje, kiedy w końcu powiemy wprost, co naprawdę nas trapi, o czym myślimy i czego potrzebujemy.
Jeśli zbierzesz w sobie odwagę i powiesz: „Jest mi dzisiaj bardzo ciężko, potrzebuję cię”, a druga osoba odkłada telefon, siada obok i po prostu cię przytula – to jest właśnie miłość. Nawet jeśli pięć minut wcześniej nie miała zielonego pojęcia, że cokolwiek jest nie tak. Fakt, że ktoś słucha, bierze nasze słowa na poważnie i reaguje na nie z czułością, jest najważniejszy. Wpadamy czasem w pułapkę toksycznego myślenia: „jak muszę poprosić, to się nie liczy”. A przecież to, że ktoś decyduje się zmienić swoje zachowanie czy porzucić swoje plany tylko dlatego, że usłyszał nasz głos, to najpiękniejszy dowód na to, jak bardzo mu zależy.
Dlaczego więc tak uparcie wolimy milczeć?
Często takie nawyki wynosimy jeszcze z dzieciństwa. Kiedy jako dzieci słyszeliśmy, że mówienie o własnych potrzebach to „marudzenie” albo „wymysły”, nauczyliśmy się, że najlepiej po prostu siedzieć cicho i czekać, aż ktoś sam nas zauważy. A ciche dni u naszych rodziców? Ile razy widzieliśmy, jak po prostu przestawali się do siebie odzywać?
Nasiąkaliśmy tym przez lata, więc dzisiaj robimy dokładnie to samo. Boimy się, że gdy powiemy wprost: „potrzebuję cię” lub „jest mi źle”, zostaniemy odrzuceni. Wolimy więc milczeć i wchodzić w rolę ofiary. Obrażamy się na partnera czy przyjaciółkę, licząc na to, że w końcu sami się domyślą, o co nam chodzi. Tyle że to droga donikąd – milczeniem nikogo niczego nie nauczymy, a jedynie niepotrzebnie zatruwamy relacje sobie i bliskim.
Po co tworzyć problemy na siłę tam, gdzie ich nie ma? Czasem do pełni spokoju i bliskości brakuje nam tylko jednego: prostej, szczerej rozmowy.
Trzymam za nas kciuki – Paulina

Komentarze