Kryzys męskości to nic. Gdzie się podziali Ci eleganccy mężczyźni?

Casual zabił u mężczyzn pewną elegancję. Po II wojnie światowej, mimo braków materiałowych, kryzysów i trudnej codzienności, mężczyzna na ulicy był niezwykle szykowny. Odpowiedni ubiór mógł być wyrazem szacunku do samego siebie, ale także przejawem dojrzałości. Wełniany garnitur, dobrze skrojona marynarka o zarysowanych ramionach, usztywniony kołnierzyk, skórzane oksfordy i nieodłączny kapelusz. Dziś w przestrzeni publicznej od lat dyskutujemy o kryzysie męskości. Być może wsadzę kij w mrowisko, ale zerkając ukradkiem w przeszłość, zadaję sobie pytanie: jak nisko upadła męskość, że sięga ona do połowy półdupków? Przypis, patrz: Justin Bieber. Dla jednych to kwestia estetyki, dla innych przyzwoitości. Niemniej, mam jedno pytanie: gdzie podziała się ta prosta, męska klasa?
Duża zmiana zaszła w nas z psychologicznego punktu widzenia. Kiedyś ludzie ubierali się z szacunku do innych. Elegancki strój był swojego rodzaju komplementem dla gospodarza, partnerki czy osób postronnych – informacją, że dana okazja i dane towarzystwo są dla nas ważne. Szeroko rozwinięty indywidualizm wskazuje nam, że dzisiaj powinniśmy ubierać się wyłącznie dla siebie. Przesunęliśmy akcent z relacji na styl. Trochę przy tym zapomnieliśmy, że nasz ubiór zawsze jest komunikatem wysyłanym w przestrzeń i warto byłoby o niego zadbać.
Dzisiaj założenie koszuli często ma miejsce od święta. Nie mówiąc o bardziej eleganckich spodniach czy butach. Ostatnio poznałam mężczyznę, dla którego koszula i eleganckie spodnie to podstawa. Natomiast to bluza jest czymś nieeleganckim i mało komfortowym. Wymienię na palcach jednej ręki ilość osób, która myśli podobnie. Pewnie zatrzymałabym się na tym jednym. Wczoraj byłam na potańcówce międzypokoleniowej przy Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Czy naprawdę wystarczyło zaledwie dwóch dobrze ubranych mężczyzn, abym wspominała dress code wieczoru jako elegancki? Takie osoby wyróżniają się z tłumu. Dziewczyny obok mnie stwierdziły, że jeden z nich – ten w koszuli, wyższych spodniach garniturowych z regulacją w pasie i minimalistycznych sneakersach, dodajmy do tego delikatnie dłuższe włosy – wygląda, jakby wyszedł z Titanica. Daj Boże, że ktoś by wyszedł, bo kiedyś coś, co było uważane za absolutne minimum, teraz jest czymś niezwykle rzadkim.
Świat niegdyś zachwycał się dopracowaną sylwetką Humphreya Bogarta czy klasą sztybletów członków subkultury Modów, a teraz powoli przyzwyczaił się do widoku dresowych kompletów na co dzień, luźnych t-shirtów w teatrze i japonek noszonych do wszystkiego. Chłopcy, zamieniliśmy szlachetne tkaniny i przemyślane kroje na bezkształtny casual, tłumacząc wszystko „funkcjonalnością” czy estetyką rodem z raperskich teledysków. To w porządku, że każdy ma inny styl, ale doszliśmy do modowych absurdów. Na tyle mocnych, że ubiór potrafi wręcz odebrać męskość, ale również kobiecość. Bo ten problem nie dotyka tylko mężczyzn, ale i kobiet, które jak jeden mąż wybierają szerokie, casualowe jeansy i przyduże, czarne bluzy.
Przypomnę dla tych, co nie wiedzą, że rewolucja casualowa nie zaczęła się od braku gustu, ale od buntu. W latach 50. Marlon Brando i James Dean założyli na ekranie zwykły, biały t-shirt i dżinsy. Ale były one na tamten moment krzykiem pokolenia, które chciało zrzucić sztywny gorset powojennych konwenansów. Wtedy t-shirt był symbolem młodości i surowej energii. T-shirt sam w sobie dalej jest w porządku. Problem polega na tym, że z biegiem dekad jakościowy, miły t-shirt zamienił się w zmiętą szmatkę, a casual w powszechne lenistwo. Mężczyźni nie wiedzą, jak się ubrać, tak samo jak nie wiedzą, żeby najpierw wpuścić w drzwiach kobietę.
Męska klasa kryje się w proporcjach, w poszanowaniu miejsca i okazji, w świadomości własnej sylwetki. To wspominana szlachetność tkaniny, regulacja w pasie zamiast wyciągniętej gumki, czyste buty i szacunek do przestrzeni, w której się pojawiamy – czy jest to teatr, randka, czy międzypokoleniowa potańcówka.
Wciąż pokutuje u nas stereotyp, że mężczyzna, który dba o krawiec, fason czy jakość tkaniny, robi coś „niemęskiego” albo przesadnego. Moim zdaniem taka dbałość o ubiór nigdy nie odbierała męskości. Wręcz przeciwnie – ubiór zawsze był pancerzem i pewnym sygnałem wysyłanym światu. Prawdziwa męskość i elegancja nie są przeżytkiem z Titanica, a raczej czymś, za czym wiele kobiet podświadomie tęskni. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, jak bardzo tęsknimy za tym, co rzadkie. Wystarczy jeden mężczyzna na całej sali, który założy spodnie z wysokim stanem i klasyczną koszulę, by nagle przyciągnąć spojrzenia. Może więc czas przestać udawać, że dresowy komplet w teatrze to unikalny styl, i przyznać wprost, że wielu mężczyznom (i kobietom) po prostu przestało się chcieć. A wielka szkoda.
Komentarze