Pułapka „Clean Girl”: Ile naprawdę kosztuje bycie idealną?
- 21 cze
- 3 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 22 cze

Pamiętam czasy, kiedy szczytem marzeń były brwi wyskubane w cienką niteczkę, a kilka lat później każda z nas, zainspirowana klanem Kardashianek, pragnęła mieć usta o rozmiar większe. Wszystkie te trendy, choć skrajnie różne, łączyło jedno: były ostentacyjne i od razu było widać, że włożyłyśmy wysiłek w to, by dopasować się do aktualnego kanonu. Kiedy nastała era ”Clean Girl aesthetic”, wiele z nas przyjęło ją z nadzieją na wyzwolenie, wierząc, że minimalizm i natura pozwolą nam wreszcie przestać się tak bardzo starać. Niestety po czasie widać wyraźnie, że to tylko złudzenie, a my wpadłyśmy w pułapkę, która jest znacznie bardziej podstępna i kosztowna niż wszystkie poprzednie.
Dzisiejsza definicja naturalnego piękna została całkowicie wypaczona, ponieważ za naturalnie ładną uznaje się tę kobietę, po której po prostu nie widać przebytych zabiegów kosmetycznych czy operacji plastycznych. To paradoks naszych czasów, w którym musimy włożyć dwa razy więcej wysiłku i środków w to, by wyglądać, jakbyśmy nie zrobiły ze sobą zupełnie nic. Bycie instagramową ”Clean Girl” nie ma nic wspólnego z brakiem makijażu, lecz wymaga idealnej cery bez jednego pękniętego naczynka, przebarwień czy śladów trądziku. Nawet jeśli w mediach społecznościowych pojawiają się zdjęcia niedoskonałości, są one pokazywane w sposób tak estetyczny, że wciąż przypominają retuszowane okładki magazynów. To przerażające, jak szybko prawdziwa naturalność została zawłaszczona przez perfekcję, a pod zdjęciami dziewczyn pokazujących realną teksturę skóry wciąż pojawiają się komentarze sugerujące, że powinny one bardziej o siebie zadbać.
Gdzieś na horyzoncie majaczy już jednak kolejny, jeszcze bardziej niepokojący trend, który powoli zastępuje obecną estetykę. Obserwujemy właśnie powrót mody na niezdrową chudość, co widać po sylwetkach gwiazd takich jak Demi Moore czy Ariana Grande. Najbardziej podstępne jest to, że ten powrót do estetyki lat dziewięćdziesiątych odbywa się pod przykrywką akceptacji siebie i dbania o zdrowie. Drastyczna utrata wagi i dążenie do skrajnie szczupłej sylwetki są promowane jako efekt ”słuchania swojego organizmu”, choć w rzeczywistości to kolejna nierealna norma, która ma wpędzić kobiety w kompleksy.
Cała ta otoczka promuje nie tylko konkretny wygląd, ale cały styl życia określany mianem ”That Girl”. Jest to wizja dziewczyny, która wstaje o świcie, pije idealnie zaparzoną matchę, medytuje i zawsze ma nienaganny porządek w domu. Kiedy nie udaje nam się dorównać temu wyidealizowanemu obrazowi, natychmiast pojawia się w nas poczucie winy i wrażenie bycia gorszą. Zaczynamy zadawać sobie pytanie, dlaczego dla innych naturalność jest łatwa i darmowa, podczas gdy my musimy wydawać fortunę na lasery i laminację brwi, by w ogóle wyjść do ludzi bez podkładu.
Nie chciałabym jednak, abyśmy w dążeniu do prawdy całkowicie odrzuciły dbanie o siebie, ponieważ z każdego trendu można wyciągnąć coś wartościowego. Estetyka „Clean Girl” przypomniała nam o ważnej roli filtrów SPF, odpowiednim nawodnieniu organizmu oraz o tym, że pielęgnacja jest istotniejsza niż maskowanie problemów. Zaczęłyśmy doceniać higienę snu i porządek w swoim otoczeniu, co realnie poprawia jakość życia, o ile nie staje się kolejną niezdrową obsesją. Warto zachować te zdrowe nawyki, nawet gdy obecna moda przeminie i zostanie zastąpiona przez coś zupełnie innego.
Najważniejszą lekcją, jaką możemy wyciągnąć z obserwacji tych trendów, jest świadomość, że życie realne to nie Instagramowa rolka. Nawet najbardziej naturalny trend w mediach społecznościowych zawsze pozostanie pewnego rodzaju wykreowaną opowieścią, która rzadko ma związek z rzeczywistością. Nie dajmy się zwariować i dbajmy o siebie na własnych zasadach, nawet jeśli nasza cera nie jest idealna, a rano zamiast matchy pijemy zwykłą kawę w pogniecionej piżamie.
Wszyscy musimy to szczerze przyznać, że bycie aesthetic zawsze będzie bardzo pracochłonne, ale bycie sobą będzie za to wyzwalające 👀