Czy zbyt szybka dostępność zabija szansę na udany związek?
- 19 lip
- 5 minut(y) czytania

Mechanizm zaangażowania u mężczyzn jest bezpośrednio powiązany z inwestycją emocjonalną i wysiłkiem, jaki muszą włożyć w relację – to wiemy już od dekad, a nauka po prostu dostarcza na to twardych dowodów. To nie są wymysły współczesnych doradców randkowych. O tym, że samice z natury wybierają, a samce muszą rywalizować i zabiegać o ich względy, pisał już Charles Darwin w 1871 roku. Sto lat później, w 1972 roku, biolog Robert Trivers doprecyzował to swoją teorią inwestycji rodzicielskiej.
Trivers udowodnił biologiczne podłoże tej dynamiki: płeć, która ponosi większe koszty związane z rodzicielstwem (u ludzi to oczywiście kobieta, ze względu na ciążę, poród i macierzyństwo), musi być bardziej wybredna. Druga strona – ta inwestująca na starcie mniej (mężczyzna) – musi zapłacić swoim staraniem i wysiłkiem, aby w ogóle zostać braną pod uwagę. Mówiąc wprost: to, co przychodzi zbyt łatwo, podświadomie bywa dewaluowane.
Kiedy postawa kobiety jest „hop do przodu” i skraca ona dystans do minimum już na samym początku, u mężczyzny może nie uruchomić się tzw. instynkt zdobywcy. Jeśli mężczyzna nie ma przestrzeni na to, by zatęsknić, postarać się i powoli odkrywać kolejne karty, rzadko zaczyna postrzegać partnerkę jako kandydatkę na wifey material. Gdy brakuje fazy przejściowej, czyli fascynacji i starania się, relacja szybko traci napięcie. A co dzieje się wtedy? Zostaje jedynie szybko zaspokojona ciekawość fizyczna.
Ale piszę tu o dojrzałym określaniu swoich potrzeb, a nie o manipulacyjnych gierkach. Celowe nieodpisywanie na wiadomości, udawanie niedostępnej czy sztuczne dawkowanie uwagi na dłuższą metę zniechęca stabilnych emocjonalnie partnerów, a przyciąga jedynie tych o niedojrzałych wzorcach relacyjnych. Prawdziwa, zdrowa „niedostępność” wynika z wysokiego poczucia własnej wartości, posiadania własnego, bogatego życia, pasji oraz standardów, które po prostu nie pozwalają na wpuszczanie obcych ludzi do swojej intymności na zbyt wczesnym etapie znajomości.
„Musimy sprawdzić, czy pasujemy do siebie w łóżku, zanim zaangażujemy się emocjonalnie” – czy to może zadziałać?
Zwolennicy tej teorii twierdzą, że nie ma sensu marnować czasu na randki i otwieranie serca przed kimś, z kim w sferze intymnej nie będzie chemii. Seks staje się więc pierwszym, najważniejszym testem kwalifikacyjnym.
Tylko czy to nie jest ślepa uliczka? Patrząc na to z perspektywy neurobiologii – taka droga to próba zbudowania domu od dachu. Szybki seks generuje potężny wyrzut dopaminy – neuroprzekaźnika ekscytacji, nowości i pogoni. Dopamina działa jak silny, krótkotrwały impuls: daje chwilowy, wysoki poziom satysfakcji, który jednak gwałtownie opada, pozostawiając po sobie pustkę. Trwałe przywiązanie wymaga zupełnie innej chemii – oksytocyny i wazopresyny, zwanych hormonami bliskości. Te z kolei wydzielają się powoli, pod wpływem poczucia bezpieczeństwa, głębokich rozmów, drobnych gestów i stopniowego budowania zaufania. Jeśli na samym początku zalewamy mózg wyłącznie dopaminą, możemy łatwo przeoczyć brak jakichkolwiek fundamentów pod długofalową więź.
Prawda jest taka, że ta wielka, nagła chemia z pierwszej randki bywa największym oszustwem naszego mózgu. To, co bierzemy za magnetyczne przyciąganie i przeznaczenie, to często zwykła reakcja na lęk. Nasza podświadomość błyskawicznie wyczuwa ludzi, którzy przypominają nam nasze dawne, bolesne doświadczenia – na przykład chłód emocjonalny czy strach przed odrzuceniem. Kiedy spotykamy kogoś niedostępnego, nasze ciało od razu wchodzi na wysokie obroty. Szybkie bicie serca i tak zwane motyle w brzuchu bierzemy za zakochanie, a tymczasem nasz organizm krzyczy, że szykuje się walka o przetrwanie. Zdrowy, bezpieczny związek na starcie rzadko funduje nam taki rollercoaster. Przynosi raczej spokój i luz. Niestety, jeśli ktoś jest przyzwyczajony do miłosnych dramatów, taki spokój szybko nazwie nudą i uzna, że po prostu brakuje mu chemii.
Stawiając współżycie na absolutnym piedestale, zapominamy o jednej prostej prawdzie: ciało i fizyczność są zmienne. Co się wydarzy, gdy w życiu pojawi się kryzys – choroba, ciąża, chroniczny stres, zmęczenie czy po prostu nieuchronne starzenie się? Jeśli jedynym spoiwem łączącym dwoje ludzi była perfekcyjna „kompatybilność łóżkowa”, to w momencie kryzysu cała konstrukcja runie. Niezależnie od tego, jak atrakcyjni jesteśmy w wieku dwudziestu czy trzydziestu lat, czas płynie dla każdego tak samo. Na koniec dnia zostaje się z charakterem drugiego człowieka, z jego wartościami, poczuciem humoru i lojalnością. To osobowość jest tym, z czym obcujemy przez resztę życia, gdy fizyczność schodzi na dalszy plan.
Nasze podejście do bliskości komplikuje dodatkowo biologia, która u obu płci działa na zupełnie innych falach w różnych okresach życia. Badania nad ludzką seksualnością pokazują wyraźny asynchronizm: młodzi mężczyźni (w wieku 18-25 lat) przeżywają swój szczyt hormonalny i mają statystycznie największe potrzeby seksualne, podczas gdy u młodych kobiet libido rozwija się wolniej i bardziej zależy od poczucia bezpieczeństwa oraz więzi emocjonalnej.
Z czasem jednak te role zaczynają się wyrównywać, a nawet odwracać. Już Michalina Wisłocka w kultowej „Sztuce kochania” pisała, że dopiero około trzeciej dekady życia kobiety i mężczyźni spotykają się na bardzo zbliżonym poziomie potrzeb seksualnych. Kobiety po trzydziestce często stają się bardziej pewne siebie, świadome swojego ciała i odważniejsze w sypialni, podczas gdy męskie libido – choć wciąż wysokie – zaczyna nieco stabilizować się na poziomie emocjonalnym. Budowanie trwałego związku wyłącznie na bazie chwilowego dopasowania wczesnego popędu bywa zgubne, ponieważ to, co wydawało się idealną harmonią w wieku 25 lat, po trzydziestce może wymagać zupełnie nowej renegocjacji.
Dla mnie jednak biologia i wiek to nie wszystko. Uważam, że równie ważne są role, w jakie wchodzimy w związkach. Czasem najłatwiej jest zwalić brak zaangażowania na „brak chemii”, ale prawda bywa prostsza: ten sam facet potrafi zachowywać się zupełnie inaczej w zależności od tego, z kim się spotyka. Wszystko zależy od zasad, jakie ustalimy na początku.
Dlaczego z jedną się nie stara, a przy drugiej rozkwita?
„Ze mną w związku leżał na kanapie, nie planował randek i unikał odpowiedzialności, a z nową partnerką po kilku miesiącach bierze ślub i kupuje dom?”. Na pewno kojarzycie ten schemat. Dlaczego tak się dzieje? Uważam, że odpowiedź kryje się głęboko w psychologii relacji – w tzw. teorii skryptów interpersonalnych, dynamice polaryzacji oraz stylach przywiązania.
Skrypt interpersonalny to nieświadomy scenariusz, jaki wnosimy do związku (np. „ja jestem tą osobą, która dba, kontroluje i organizuje”, „on jest tym biernym odbiorcą”). Kiedy kobieta od początku przejmuje inicjatywę, zdejmuje z partnera odpowiedzialność i stara się za dwoje, uruchamia się proces polaryzacji. To mechanizm, w którym zachowanie jednej strony automatycznie pogłębia i usztywnia przeciwne zachowanie drugiej. Im bardziej ona goni i organizuje wspólne życie, tym bardziej on się cofa lub rozleniwia. Jego mózg wchodzi w tryb oszczędzania energii, ponieważ jego własne zaangażowanie nie jest potrzebne do podtrzymania relacji.
W tym kontekście ogromne znaczenie mają też style przywiązania. Osoby o lękowym stylu mają naturalną tendencję do natychmiastowego skracania dystansu fizycznego i emocjonalnego, by w ten sposób zagłuszyć lęk przed odrzuceniem. Niestety, bardzo często trafiają one na osoby o unikającym stylu przywiązania, dla których szybki, niezobowiązujący seks jest idealnym parawanem chroniącym przed prawdziwą, wymagającą czasu i odsłonięcia się bliskością emocjonalną.
Mężczyźni rzadko zmieniają się „sami z siebie” – zmienia ich kontekst i to, jak czują się w obecności danej osoby. Jeśli w poprzednim związku mężczyzna został szybko zwolniony z roli partnera starającego się (bo wszystko miał podane na tacy), pożądanie w końcu umierało, a relacja zaczynała przypominać układ kumpelski lub – co gorsza – matczyny.
Nowa partnerka to nowa karta. Jeśli stawia zdrowe granice, nie pozwala na natychmiastowe skracanie dystansu i wymaga zaangażowania od samego początku, to nie tylko budzi w mężczyźnie szacunek, ale też uruchamia w nim potrzebę starania się. Mężczyzna czuje, że musi zapracować na jej uznanie, co stymuluje wydzielanie dopaminy – hormonu dążenia i nagrody. Zmiana zachowania nie wynika więc z faktu, że tamta kobieta jest „lepsza”. Wynika z faktu, że nowa relacja została zbudowana na innych zasadach, w których wysiłek i szacunek były fundamentem, na którym dopiero z czasem wznoszono bliskość.
Trwały związek nie jest efektem ubocznym natychmiastowej chemii. Jest procesem, w którym fizyczne przyciąganie stanowi jedynie iskrę, a nie paliwo. Aby ogień płonął przez lata, potrzebny jest czas na zbudowanie zaufania, szacunku i przyjaźni. Dopiero wtedy, gdy pożądanie nieco opadnie, z radością odkrywamy, że człowiek, który obok nas siedzi, jest kimś, z kim naprawdę chcemy dzielić codzienność.
Komentarze