A co, jeśli wielki sukces wcale nie da ci odpowiedzi, której szukasz?
- 2 dni temu
- 3 minut(y) czytania

Każdy z nas ma jakieś plany, marzenia i cele. Chcemy się rozwijać, osiągać sukcesy i budować coś własnego. I nie ma w tym absolutnie nic złego – wręcz przeciwnie! Jak śpiewał Ryszard Riedl: „Człowiek bez marzeń umiera” i to szczera prawda. Marzenia dają nam energię do działania. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy marzenia przestają nas nakręcać, a stają się jedyną rzeczą, od której uzależniamy swoje szczęście.
Wpadamy wtedy w pułapkę. Zaczynamy traktować to, co dzieje się dzisiaj, jak zwykłą poczekalnię przed jakimś lepszym życiem. Wmawiamy sobie, że to prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy skreślimy z listy kolejny duży cel:
– Będę szczęśliwy, gdy dostanę awans.
– Poczuję spokój, gdy kupię mieszkanie.
– Będę z siebie dumny, gdy osiągnę ten konkretny cel.
Ciągle patrzymy daleko w przyszłość i układamy w głowie idealne scenariusze. Wydaje nam się, że pewnego dnia wszystkie klocki wreszcie ułożą się w idealną całość. A dzisiejszy dzień po prostu odkładamy na później i żyjemy w zawieszeniu.
Tyle że z celami jest jak z horyzontem – im bliżej idziemy, tym bardziej się od nas oddalają.
Gdy po miesiącach albo latach ciężkiej pracy i wyrzeczeń wreszcie osiągasz to, o czym marzyłeś, często okazuje się, że wcale nie czujesz tego, co miałeś poczuć. Na początku się cieszysz, świętujesz ze znajomymi, ale po paru dniach ten pierwszy zachwyt mija i wracają zwykłe, codzienne sprawy. Wtedy dociera do nas coś bardzo ważnego: żaden sukces – nawet ten największy – nie sprawi, że nagle znikną nasze lęki, naprawią się trudne relacje z ludźmi czy nagle całkowicie polubimy samych siebie.
Sukces może dać nam chwilową satysfakcję i powód do dumy, ale nie da nam odpowiedzi na pytanie o sens życia.
Znany filozof Byung-Chul Han w książce „Społeczeństwo zmęczenia” już w 2010 roku napisał, że kiedyś to inni ludzie narzucali nam zasady i zmuszali nas do ciężkiej pracy. Dziś nikt nie musi stać nad nami z batem – bo sami staliśmy się dla siebie najgorszymi i najbardziej wymagającymi szefami.
Warto jednak zadać sobie jedno proste pytanie: czy cele, za którymi tak gonimy, są naprawdę nasze?
Bardzo często chcemy coś osiągnąć tylko dlatego, że „tak wypada” w naszym wieku, albo dlatego, że chcemy udowodnić coś rodzicom, znajomym czy środowisku. Gonimy za wizją sukcesu, którą narzucił nam ktoś inny. Kupujemy rzeczy, na które nas nie stać, za pieniądze, których nie mamy, żeby zaimponować ludziom, na których tak naprawdę niespecjalnie nam zależy.
Do tego dochodzi ciągłe porównywanie się z innymi. Otwierasz telefon, wchodzisz na sociale i widzisz znajomych, którzy właśnie kupują mieszkania, dostają awanse albo jeżdżą na piękne wakacje. Widzisz tylko ich najładniejsze, wyreżyserowane momenty i nagle zaczyna ci się wydawać, że wszyscy wokół układają sobie życie, a tylko ty stoisz w miejscu. Więc dokręcasz sobie śrubę jeszcze bardziej.
A w tym wszystkim najłatwiej zgubić to, co tak naprawdę daje nam w życiu siłę – relacje z bliskimi. Ilu z nas odkładało spotkanie z przyjacielem, bo „trzeba było dokończyć projekt”? Jak często mówimy bliskim, że porozmawiamy „jak się wreszcie trochę uspokoi”? Tyle że ten spokój sam z siebie nigdy nie przyjdzie, a wartościowe relacje i ważne momenty po prostu przeciekają nam przez palce.
Dlatego bardzo cieszę się, że młodzi ludzie zaczynają wreszcie zauważać, jak bezsensowne jest to błędne koło. Coraz więcej osób rozumie, że sensem życia wcale nie jest ciągłe zmuszanie się do wszystkiego, zbieranie coraz większych pieniędzy czy uganianie się za prestiżowymi stanowiskami kosztem własnego zdrowia i relacji.
Dziś znacznie ważniejsze staje się docenianie małych rzeczy i zauważanie piękna w zwykłej codzienności. Bo przecież nasze życie w 99% składa się ze zwykłych dni, a nie z wielkich sukcesów, które zdarzają się raz na jakiś czas. To właśnie z tego powodu tak popularne stało się tak zwane „romantyzowanie życia” czy dbanie o drobne przyjemności każdego dnia. To po prostu sprzeciw wobec myślenia, że niszczenie samego siebie w imię kariery jest powodem do chwalenia się przed innymi.
Jasne, fajnie jest mieć duże cele. Własne mieszkanie przed trzydziestką? Brzmi super. Ale co, jeśli się nie uda? Dzisiaj zwykła kawalerka w wielkim mieście kosztuje ogromne pieniądze, a opłacenie rachunków czy kredytu potrafi zjeść większość wypłaty. Dokładanie sobie do tego ogromnej presji w głowie to najprostsza droga do psychicznego wykończenia.
Motywacja i dążenie do celów są ważne. Ale to, co dzieje się teraz – to, jak zmienia się podejście do pracy i odpoczynku – pokazuje jedno: ludzie mają po prostu dość tego ciągłego wyścigu.
Może więc warto przestać traktować dzisiejszy dzień tylko jako trudny krok na drodze do jakiejś lepszej przyszłości? Dobrze jest mieć cele i powoli do nich dążyć, ale warto też pamiętać o jednym: nasze prawdziwe życie dzieje się tu i teraz. Przeżywa się je przy porannej kawie, w drodze do pracy czy podczas zwykłej, szczerej rozmowy z kimś bliskim.

Komentarze